29 stycznia 2014

18. "Pozory mylą" część II

Ocieram łzy z policzków i pociągam nosem. Czuję na sobie wzrok właściciela Opery. Nie potrzebuje jego współczucia. Chcę tylko by ten koszmar dobiegł końca. Poczucie, że ci których znam są zupełnie innymi ludźmi jest nie do zniesienia.
- Wypuść mnie.
Mężczyzna mruży oczy i sięga po kolejnego papierosa. Trudno z tej twarzy wyczytać jakiekolwiek intencje. Przez krótką chwilę czułam z nim dziwną więź, taką, która zbliża ludzi pozbawionych czegoś cennego. Ale ta więź nie miała racji bytu. Przecież miał na sumieniu Dominika.
- Już ci mówiłem, że nic ci nie zrobię. I nie wypuszczę cię, póki twój ojciec się tu nie pojawi.
- Chcę stąd wyjść!
Jestem już zmęczona tym całym przestawieniem; udziałem w tej dziwnej grze, gdzie nie panują żadne reguły, a ja jestem tylko pionkiem, który sam nie może nic zdziałać. Chcę uciec w miejsce, gdzie nikt i nic nie będzie przypominać mi o całej sprawie. 
- Uspokój się!
To już nie jest przyjazny głos, pełen zrozumienia i współczucia. Brzmi raczej jak warknięcie wygłodniałego psa, który gotów jest zagryźć za odrobinę jedzenia. Teraz dopiero widzę, że i on odczuwa głód. Głód zemsty.
- Czego ty chcesz od mojego ojca? – pytam zrezygnowana, a złość ustępuje miejsca powracającemu przerażeniu.
- Mam z nim rachunki do wyrównania – odpowiada wymijająco i zaciąga się papierosem. Nie pozostaje nic innego jak czekać. A jeśli ojciec nie przyjdzie? Już raz uciekł. Czy wtedy ten mężczyzna będzie mnie tu więził aż nie wymyśli innego sposobu jak dokonać zemsty?
- Zanim pojawi się twój ociec chcę, żebyś posłuchała mojej rady w pewnej sprawie – patrzę na niego z wyraźną niechęcią, a na jego ustach pojawia się pokrętny uśmieszek, który szpeci mu twarz – Posłuchasz mnie dla własnego dobra. Wiem, że spotykasz się z pewnym obywatelem Stanów Zjednoczonych. Jeśli nie chcesz kłopotów to omijaj go z daleka.
- Dlaczego? Co takiego Paul może mi zrobić?
- On pewnie nic, prócz tych wszystkich bzdur jak złamane serce i zawiedzione zaufanie. Ale jego żona jest zdolna do wielu gorszych rzeczy.
- Skąd to możesz wiedzieć? – pytam podejrzliwie, bo przestaje mi się podobać to co słyszę.
- Wiem, bo znam Jasmine. A wiesz, że ona ma polskie korzenie. Właściwie ma takie same korzenie jak ja…
Rozmarzony uśmiech rozlewa się po jego twarzy, a mi robi się niedobrze od tych nowych informacji. Paul chyba sam nie był świadom tego z kim się związał. Kolejny dowód na to, że pokładanie zaufania w innych to tylko mrzonka.
- Czemu mi o tym mówisz?
- Jasmine mnie poprosiła. Podobno wpakowałaś się do ich życia i namówiłaś tego Amerykanina by ją zostawił. Cóż, odważne to było z twojej strony i nawet cię trochę za to podziwiam, ale teraz lepiej odpuść. Polubiłem cię i szkoda by było, gdyby Jasmine się do ciebie dobrała.
Wpatruję się w niego i nie mogę uwierzyć w to co słyszę. Nawet nie jestem w stanie wytłumaczyć mu, że wcale tak nie było, że Paul jeszcze przed poznaniem mnie planował rozwód. Mam wrażenie, że jego słowa to tylko taka bajka dla zabicia czasu w oczekiwaniu na przybycie moje ojca. Ale to zadowolenie, które wyraża krótkim śmiechem każe mi mieć się na baczności. Ten człowiek jest nieobliczalny. A w zasięgu jego ręki nadal znajduje się połyskująca broń.
Wpatruję się w nią minutę, a do głowy wpada mi szalona myśl, by złapać ją, strzelić i uciec. Takie rozwiązanie miało by pewnie sens w filmie akcji. W prawdziwym życiu nie ma bohaterów. Są tylko ludzie mniej egoistycznie nastawieni do świata.
Po kolejnych minutach spędzonych w ciszy rozlega się ciche pukanie do drzwi. Pojawia się mężczyzna, który mnie tu przyprowadził. Wpatruje się w swojego szefa, czekając aż ten da mu znak by mógł mówić.
- Już są. Przyszło ich dwóch.
- Dwóch?
- Tak, przyszedł też ten Amerykanin.
- A Majewski?
- Jego też już mamy.
- Świetnie przyprowadź ich tu wszystkich – mężczyzna wyszedł, a właściciel Opery rozsiadł się wygodnie na fotelu z wyraźną błogością – No to Oliwia, zaczynamy przedstawienie.
- Paul nie ma z tym nic wspólnego. Każ go wypuścić – musiałam ratować co się dało i kogo się dało. Niestety, moje prośby były dalekie od spełnienia.
- Sam tu przyszedł. A skoro przyszedł musi zostać. Może chce ci powiedzieć, że jednak się nie rozwodzi – świetnie bawił się moim kosztem. A jeszcze przed chwilą współczułam mu straty syna.
- Jesteś podły.
- Całe życie jest podłe kochana – mówi sentencjonalnie i w tym momencie ponownie otwierają się drzwi. Pierwszy wchodzi ten nieznajomy mężczyzna a zaraz za nim ojciec i Paul oraz jeszcze jakiś dwóch byków z wyraźnie niskim poziomem inteligencji.
- Oliwia! Nic ci nie jest dziecko? – ojciec wyskakuje do mnie, ale silna ręka mężczyzny zatrzymuje go w połowie drogi. Paul patrzy to mnie to właściciela Opery i pewnie próbuje zrozumieć o co chodzi w tej całej grze.
- Nic mi nie jest.
- Oczywiście, że nic jej nie jest Jerzy. Zadbałem o twoją córkę najlepiej jak umiałem – właściciel Opery podnosi się z fotela, a z jego twarzy znikają wszystkie pozytywne emocje. Zostają tam tylko chłód i nienawiść – Zaprosiłbym na to spotkanie też Jolantę, ale biedaczka jest w żałobie.
- Nie miałeś prawa zabijać jej córki.
- To nie ja ją zabiłem Jerzy. Zrobił to ten oto młodzieniec.
Drzwi otwierają się kolejny raz. Dwóch mężczyzn wprowadza Huberta. Majewski wygląda strasznie. Z nosa i wagi kapie mu krew, oko ma tak spuchnięte, że ledwo co dostrzegam jego źrenicę. Patrzy w moją stronę z wyraźną oznaką przegranej.
- Oliwia, ja tego nie chciałem…
Jego słowa wbijają się we mnie jak kolce i pozostawiają tysiące małych, krwawiących ran.
- Hubert powiedz, że to nie prawda. Powiedz, że to nie ty!
- Ja tego nie chciałem… Proszę, uwierz mi. On mnie do tego zmusił – podbródkiem wskazuje na właściciela Opery. W oczach mężczyzny pojawia się przebłysk szaleństwa.
- Nie kłam – jego głos jest jak syk węża, który zaraz złapie swoją ofiarę, udusi ją swym śliskim ciałem i z rozkoszą połknie dogorywające ciało. Po raz pierwszy czuję prawdziwe przerażenie.
- Hubert powiedz mi prawdę – mój błagalny ton głosu zostaje przekrzyczany przez właściciela Opery.
- Prawda jest taka, że to on zabił tą dziewczynę! A twój ojciec jest winny śmierci mojego syna!
- A mówiłeś, że to Dominik…
- Zamknij się głupia dziewczyno. Nie wiesz kim jestem a wierzysz w każde moje słowo. Życie to całe pasmo kłamstw, okłamujemy się na każdym kroku, w każdej sytuacji, w każdej rozmowie. Więc dlaczego ja miałbym mówić ci prawdę? Wszyscy cię okłamywali. Ja też mogę.
Serce wali mi w piersi powodując olbrzymi ból. Myśli wirują w głowie, składają się w całość, by po chwili zupełnie sobie zaprzeczyć. Nie ma czegoś takiego jak prawda. Jest tylko wiara w kłamstwo.
- To Dominik zabił mojego syna. Razem z nim – wskazuje na Huberta – I za to spotka ich zasłużona kara. Ale za tą śmierć odpowiedzialny jest Jerzy. To przez niego doszło do tego wszystkiego.
- Oliwia nie słuchaj go, jego syn sam przedawkował – za te słowa Hubert otrzymuje potężny cios w brzuch. Jego głośne jęknięcie odbija się echem po całym pomieszczeniu.
- A teraz posłuchaj mnie uważnie – właściciel Opery zbliża się do mnie, a w jego dłoni błyszczy ciemny metal broni – Tylko ty i jeden z nich wyjdziecie stąd żywi. Ty zadecyduj który.
Wpatruję się w niego, nie mogąc pojąć jego słów. On nie daje mi żadnego wyboru. Mam zadecydować, który z nich nadal będzie mógł oddychać, chodzić, cieszyć się życiem? A co z resztą? Nie, takiego wyboru nie da się dokonać. Jeden z nich to mój ojciec, drugi przyjaciel, na trzecim zależy mi bardziej niż sama zdaję sobie z tego sprawę. Nie, ja takiego wyboru nie dokonam.
- Wypuść nas wszystkich – doskonale wiem, że moje słowa nie zrobią na nim żadnego wrażenia, ale muszę jakoś zdobyć trochę cennego czasu by coś wymyślić. Ten człowiek wydaje się obłąkany przez zawiść, poczucie niesprawiedliwości i chorobliwe pragnienie zemsty za śmierć syna.
- Tylko ty i jeden z nich – mówi cicho i wkłada mi pistolet w dłoń. Jest ciężki i odrażający. Ręce zaczynają mi drżeć – Wybierz jednego z nich a potem wymierz sprawiedliwość.
Czuję jak pocą mi się dłonie, jak broń ślizga mi się w palcach. To nie może się dziać naprawdę. To tylko jakiś głupi i ponury sen.
- No dalej Oliwio, wybierz któregoś z nich. Jeden zabił twoją przyjaciółkę. Drugi jest odpowiedzialny za śmierć mojego syna. Trzeci tylko złamie ci serce, bo nigdy nie zostawi dla ciebie swojej żony. Który z nich zasługuje na ratunek? A może żaden…
- Przestań!
Teraz już drży całe moje ciało. Pistolet ciąży mi w dłoni. W głowie kotłuje się tysiące głosów, które niezdarnie podpowiadają co mam zrobić. Zyskać czas… Zyskać choć jeszcze trochę czasu…
- Najpierw chcę dowiedzieć się prawdy.
Właściciel Opery kręci głową z niecierpliwością.
- I na co ci to dziewczyno? Dla każdego prawda jest czymś innym. Wystarczy, że odrzucisz to co uważasz za kłamstwo. Poza tym prawda nie przywróci życia twojej przyjaciółce. Masz szansę ją pomścić. Zrób to dla niej.
- Nie.
Patrzę po kolei na trzech mężczyzn, którzy mają szczególne miejsce w moim życiu. Ojciec wpatruje się we właściciela Opery, zupełnie nieprzyjęty faktem, że za chwilę może zginąć. Hubert jest zupełnie pokonany. Zwisa bezwładnie w stalowym uścisku dwóch mężczyzn. Paul jest zupełnie nieświadomy tego co się dzieje. Patrzy na mnie ze spokojem, a nawet uśmiecha się nikle, jakby chciał powiedzieć, że to nie może się źle skończyć. Przecież mamy siebie, a to co się dzieje ma tylko utwierdzić nas w przekonaniu, że cały świat może karmić się pozorami, a my będziemy na to obojętni, bo potrafimy uwierzyć sobie nawzajem. To ten opętany przez chęć zemsty mężczyzna jest przegranym w całej tej grze pozorów i kłamstw.
- Coś ty powiedziała głupia dziewczyno?! Masz w tej chwili strzelić!
Zanim zdążę się zorientować mężczyzna łapie moją dłoń, wymierza broń gdzieś pomiędzy Huberta i Paula, zaciska mój palec na spuście i w tym momencie czas spowalnia jakby ktoś chciał dłużej delektować się tą chwilą.
Huk wystrzału ogłusza, siła strzału odrzuca do tyłu. Śmiercionośny pocisk zmierza do celu.
Droga do prawdy zawsze jest bolesna. Ale nie na tyle by przegrać.  

***
Trochę mnie poniosło. I pewnie trochę to wszystko naciągane, ale co tam. To w końcu tylko fikcja i moja dziwna wyobraźnia. 
Jeszcze kilka spraw się nie wyjaśniło dlatego czeka nas jeszcze jedno, już ostatnie spotkanie z Oliwią i Paulem. Ale to dopiero w lutym. 
Ola, chciałaś dedykację dla smutnych zawodników z Roeselare. Chyba po tym dwumeczu z Resovią aż tacy smutni nie byli, ale jeśli nawet to w szatni włączyli sobie Can't hold us i wszystko już było dobrze.
Witam też nową czytelniczkę. Dziękuję za miłe słowa i cieszę się, że ta historia przypadła ci do gustu.
To chyba tyle. Do następnego!

17 stycznia 2014

17. "Pozory mylą" część I


    Ciemność jaka panuje w tym ponurym pomieszczeniu jest przytłaczająca. Nie mam pojęcia ile czasu już tu siedzę, bo zabrali mi telefon. Nawet nie wiem kim są.
Jest mi okropnie zimno, a ze zdenerwowania cała trzęsę się w środku. Ostrzeżenia Huberta okazały się trafne. Teraz przyszła kolej na mnie.
Szkoda tylko, że nie będę miała okazji porozmawiać z najbliższymi ten ostatni raz. Żałuję, że nie dane mi będzie poznać prawdy o mojej rodzinie, o Zuzie, Hubercie, Paulu. Na ich wspomnienie mam ochotę się rozpłakać, ale coś mi mówi, że to nie pora na użalanie się nad sobą.
Trochę to jednak przykre, że odejdę taka nieświadoma tego co dzieje się wokół mnie. I nie pożegnam się z najbliższymi.
Do pomieszczenia wpada trochę światła, kiedy otwierają się drzwi. Moje oczy, oswojone z ciemnością, nie mogą wyłapać szczegółów w wyglądzie człowieka, który podchodzi do mnie i bez słowa stawia na nogi.
- Idziemy.
Chłodna obojętność w jego głosie sprawia, że moje ciało sztywnieje, a w ustach czuję jakiś dziwny posmak. To nie może się tak skończyć, nie teraz. Muszę wyjaśnić jeszcze wiele spraw.
- Gdzie jestem?
- Zaraz się przekonasz.
Mężczyzna prowadzi mnie wąskim korytarzem, do pomieszczenia na jego końcu. Rozglądam się dookoła, ale to miejsce nic mi nie mówi. Twarz mężczyzny też jest mi nieznana i właściwie niczym się nie wyróżnia. Nie jest ani piękna, ani brzydka. Właściwie jest nijaka. I nie pasuje mi do twarzy mordercy. Ale przecież pozory mylą.
- Wejdź.
Otwiera przede mną drzwi, a ja z trudem przełykam ślinę. Nogi mam jak z ołowiu i niepewnie stawiam pierwszy krok. Zniecierpliwiony mężczyzna popycha mnie, więc niemalże wpadam do pomieszczenia. Pierwsze co odczuwam to dym tytoniowy, który drażni moje nozdrza.
- Podejdź Oliwia, nie masz się czego bać.
Postać, która siedzi za biurkiem nakazuje gestem dłoni bym podeszła bliżej. Nie mam żadnych szans na ucieczkę, ale póki jeszcze żyję muszę dowiedzieć się jak najwięcej.
- Kim jesteś? I skąd znasz moje imię?
Dostrzegam na twarzy nieznajomego cień cynicznego uśmiechu. Ponawia gest dłonią, ale ja nie ruszam się z miejsca.
- Czego ode mnie chcesz?
- Oliwia, Oliwia – cmoka z niezadowoleniem i gasi papierosa w szklanej popielniczce, która stoi na dużym, mosiężnym biurku – Czy nie mówi się, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła? A ty chyba nie chciałabyś tam trafić, prawda?
Nie znam zasad jego gry. Nie wiem w jakim celu jego ludzie wciągnęli mnie do samochodu, a potem przywieźli w to dziwne miejsce. Nie wiem dlaczego jeszcze się mnie nie pozbyli, tak jak zrobili to z Zuzą i Dominikiem. Mogę jedynie dziękować Bogu, że jeszcze żyję.
- Kim jesteś?
Pełna determinacji ponawiam moje pytanie, co sprawia, że mężczyzna wstaje, a ja mogę dokładniej przyjrzeć się jego twarzy. I dociera do mnie, że już go widziałam. Ostatnio w sytuacji nie do pozazdroszczenia.
- To pan?
Właściciel Opery i pracodawca Huberta uśmiecha się nikle. Czy to możliwe, żeby to on był odpowiedzialny za śmierć mojej przyjaciółki? Jaki miałby motyw? Czy to on jest tym człowiekiem przed którym musiał uciekać ojciec?
- Oliwio, podejdź i usiądź. Nie będziemy tak rozmawiać.
Nie mam wyjścia. Stawiam te kilka kroków i padam na krzesło. On ponownie zajmuje swoje miejsce i wtedy dopiero dostrzegam, że obok popielniczki na biurku leży jeszcze broń. Wpatruję się w nią jak zahipnotyzowana, co nie umyka jego uwadze.
- To tylko po to by nadać całej sytuacji większą powagę – rzuca niedbale i odsuwa pistolet na bok. Nie mogę przestać patrzeć na ten śmiercionośny przedmiot, a z moich ust samoczynnie wyrywają się słowa.
- Zabijesz mnie?
Właściciel Opery zaczyna się szczerze śmiać, a ja czuję się kompletnie sparaliżowana całą sytuacją. Wnętrzności mam poskręcane aż do bólu.
- Nie zaprosiłem cię tu, po to, żeby cię zabić.
Pewnie gdybym się tak nie bała, to prychnęłabym na jego słowa. Ale nie było mi do śmiechu. Nie miałam żadnej gwarancji, że nic mi nie zrobi.
- Więc po co?
Jego wzrok dokładnie zbadał każdy centymetr mojej twarzy. Jeżeli to miało sprawić, że poczuję się jeszcze gorzej, to udało mu się.
- Jesteś tu ze względu na twojego ojca. Dzięki tobie Jerzy na pewno się tu pojawi.
Więc to one jest tym człowiekiem, którego tak boi się ojciec. I to on jest odpowiedzialny za śmierć mojej przyjaciółki.
Strach momentalnie mnie opuszcza. W moich żyłach płynie już tylko nienawiść do tego człowieka. I zupełnie nie obchodzi mnie to co może się za chwilę stać.
- Zabiłeś Zuzę!
Zrywam się z krzesła i dysze ciężko ze złości. Mężczyzna przypatruje mi się ze spokojem i uwagą, jakby badał moje zachowanie. Mam ochotę uderzyć go, zadać mu ból, sprawić, by poczuł to co ja w momencie gdy znalazłam martwą Zuzę.
- Oliwia uspokój się i usiądź. Nie zabiłem twojej przyjaciółki.
- Kłamiesz! Chciałeś zemścić się na jej matce!
Mężczyzna podchodzi do mnie i stanowczym ruchem usadza z powrotem na krześle. Dygocę na całym ciele, ale nie ze strachu, tylko ze złości.
- Jak sama powiedziałaś chciałem zemścić się na Jolancie, nie na jej biednej córce.
- Przestań! Wiem, że to ty! A teraz jeszcze zabiłeś Dominika!
Właściciel Opery mruży oczy, a jej twarz wykrzywia bolesny grymas.
- Czy wiesz dlaczego ten chłopak musiał zginąć?
Zaskoczona kręcę przecząco głową. Nie mam pojęcia dlaczego Dominik nie żyje.
- Bo zabił mojego syna. Razem z twoim przyjacielem Hubertem Majewskim.
Na moment tracę zdolność oddychania. To nie może być prawda… Nie, to nie może być prawda!
- To kłamstwo!
- To nie kłamstwo. A myślisz, że kto cię zaatakował kiedy śledziłaś Dominika? Twój przyjaciel. A wiesz czemu? Bo nie chciał, żebyś była świadkiem tego jak odbiera życie mojemu synowi.
W głowie zaczyna mi wirować od nadmiaru myśli, które to przeczą sobie, to zgadzają się ze sobą. Hubert był wtedy w parku. Tam, gdzie zginęło tych dwóch chłopaków.
- Przecież oni przedawkowali… Wiem to od policji.
Właściciel Opery przygląda mi się ze spokojem i dziwnym zainteresowaniem, choć jego oczy nadal groźnie błyszczą. A ja powoli tracę zaufanie do całego mojego życia.
- Tak, mój syn miał problemy z narkotykami. Z mojej winy. Ale twój przyjaciel wykorzystał to, by zrzucić z siebie podejrzenie.
- Nie wierzę… - kręcę głową, aż zaczynam odczuwać ból. Mój przyjaciel Hubert mordercą? Przecież to jakiś absurd. A ja już nie wiem, kto mówi prawdę, a kto jest kłamcą. Ten człowiek oskarża Huberta. Hubert z kolei rzucał podejrzenie na Paula. Tego jest już zbyt wiele.
- Dlaczego miał by to zrobić? Przecież Hubert nie byłby zdolny do czegoś takiego… To pewnie ten Dominik! To on go zmusił!    
Mężczyzna patrzy na mnie z wyraźną litością, jakby zrobiło mu się żal mojej pewności co do niewinności przyjaciela. Ale dopóki nie przedstawi mi dowodów na winę Huberta, nie uwierzę.
- Widzisz Oliwia, znaleźliśmy się w podobnej sytuacji. Oboje straciliśmy dwoje bliskich nam osób. I oboje szukamy zemsty, prawda?
Chciałam zaprzeczyć, że szukam sprawiedliwości, że chcę by morderca Zuzy zapłacił za swój czyn, ale czy to nie to samo co zemsta? Gdybym chciała sprawiedliwości to oddałabym sprawę w ręce policji i nie mieszała się do tego. Ale nie mogłam tego zrobić, bo nie zaznałabym spokoju, gdym sama nie wymierzyła kary temu zwyrodnialcowi.
- Obserwowałem cię. Widziałem jak próbujesz zrozumieć to co się stało. Jak błądzisz w swoich przypuszczeniach. A rozwiązanie tej przykrej zagadki było o wiele prostsze niż ci się wydawało.
- Czyli?
- To nie ja zabiłem twoją przyjaciółkę. Zrobił to twój przyjaciel. Hubert Majewski.  

***
Z dedykacją dla Jośka. Tak jak chciałaś.
Tak myślę, że jeszcze dwa razy i pożegnam się z Oliwią. Najwyższy czas wszystko powyjaśniać.
Mecz o wszystko szczypiorniaków, czyli emocje gwarantowane. A w sobotę to co lubię najbardziej. Resovia kontra Skra. Będzie się działo. 
Pewnie mnóstwo tu błędów, ale leniwa jestem i nie mam już siły ich sprawdzać (bo mam zakwasy po odśnieżaniu). Także przepraszam, jeśli takowe się pojawiły. 
Do następnego.

9 stycznia 2014

16. "To jakieś głupie nieporozumienie"

     
      - Oliwia, ty nie wiesz co robisz! To niebezpieczne!
Jeszcze nigdy w życiu Hubert nie wnerwiał mnie tak jak w tym momencie. Jego paplanie o tym, że spotkanie z Paulem może grozić jakąś katastrofą nawet największego stoika wyprowadziłoby z równowagi.
- Hubert, daj sobie spokój, Paul nic ci nie zrobi.
Majewski prycha ze złością i chce od początku zacząć swoją śpiewkę po tytułem „Ten pieprzony Amerykanin”, ale uciszam go gestem dłoni. Tego już się nasłuchałam, teraz pora by opowiedział mi o czymś innym.
- Jak to się stało, że Dominik nie żyje?
Hubert na moment przystaje. Ja też się zatrzymuję, to samo robi ojciec, który postanowił nam towarzyszyć, tak jakby mógł się na coś przydać.
- Oliwia, to chyba nie jest dobry moment…
- A kiedy będzie? Chcę w końcu dowiedzieć się prawdy! – tupię nogą ze złością – Całej prawdy!
- Tutaj nie będziemy o tym rozmawiać – oznajmia chłodno Hubert. Świetnie, dalej będziemy tkwić w kłamstwach i niedomówieniach. Super. Może kiedy już dotrzemy do mieszkania Paula chociaż jedno bezpodstawne oskarżenie się wyjaśni.
Bez słowa ruszamy dalej. Hubert doskonale wie, że jestem na niego zła i chyba z tego powodu zaprzestaje swoje powstrzymywania mnie przed spotkaniem z Lotmanem. Chociaż tyle. Ojciec też nic nie mówi, choć on akurat mógłby się odezwać. Już było tak blisko, żebym dowiedziała się kto jest odpowiedzialny za śmierć Zuzy i teraz jeszcze Dominika. Jak wyjaśnimy sprawę z Paulem, to już nie odpuszczę im obu i zmuszę, żeby powiedzieli wszystko, jak na spowiedzi.
Docieramy na osiedle Amerykanina. Ojciec rozgląda się wokół. Pewnie porównuje Rzeszów sprzed swojego wyjazdu z tym co jest teraz. Hubert nie może się powstrzymać i ostatni raz próbuje przekonać mnie do zaniechała swojego pomysłu.
- Oliwia, daj sobie z nim spokój.
- Nie. I udowodnię ci, że się mylisz co do Paula.
Hubert już wie, że jest na przegranej pozycji. Nie protestuje, tylko idzie za mną do drzwi. Ojciec stwierdza, że poczeka na dole, więc wstukuję kod i wpuszczam Majewskiego do środka. Dopiero teraz dociera do mnie cały idiotyzm tej sytuacji. Paul otworzy drzwi, a ja na wejściu zapytam go czy ma coś wspólnego ze śmiercią Zuzy, bo mój przyjaciel podejrzewa go o najgorsze? Totalna głupota.
Mimo to naciskam dwa razy dzwonek, a Hubert przebiera nogami ze zdenerwowania.
- Uspokój się – fukam na niego.
Drzwi się otwierają i, o Boże, to znowu ona!
- Co ty tu robisz?!
- Mogłabym ciebie zapytać o to samo.
Żona Paula krzyżuje ręce na piersi, a ja mam ochotę uderzyć ją, kopnąć, zdeptać, sprawić cokolwiek żeby zniknęła. Jej obecność w tym miejscu jest dowodem na to, że Amerykanin mnie okłamał. Gdyby nie powiedział mi całej prawdy, to jeszcze mogłabym to wybaczyć. Ale takie kłamanie w żywe oczy? Przecież zapewniał mnie, że pozbył się Jasmine ze swojego mieszkania. Więc co ona tu, do cholery, robi?
- Jest Paul?
- Nie ma. A ty w końcu odczep się od niego. Paul jest ze mną szczęśliwy i zapamiętaj sobie raz na zawsze, że żadnego rozwodu nie będzie.
Z tymi słowami zamyka mi drzwi przed nosem. Dolna warga zaczyna mi drżeć, a to oznaka, że mam już dość na dziś i po prostu chce mi się wyć.
Nawet nie patrzę na Huberta, kiedy zbiegam po schodach, jestem głucha na jego słowa. Na zewnątrz omijam ojca, specjalnie oddalam się od nich, bo potrzebuję chwili intymności. By wykonać jeden telefon. By jedną sprawę zakończyć.
Zbieram w sobie resztki sił jakie mi pozostały i czekam aż Paul odbierze. Jeden sygnał, drugi, trzeci. Po szóstym chcę już zrezygnować, ale rozlega się głos Amerykanina.
- Jak tam rozmowa z ojcem?
Czy mam mu teraz wszystko wygarnąć? Czy tak otwarcie powiedzieć, że właśnie odbyłam miłą pogawędkę z jego żoną? Tak, mogę.
- Paul, co Jasmine robi w twoim mieszkaniu?
Cisza trwa minutę. Może trzydzieści sekund. A może tylko sekundę.
- Oliwia o czym ty mówisz?
Pewnie w innych okolicznościach uznałabym to jego pytanie za jakiś kiepski żart. Ale nie tym razem.
- Przed momentem twoja żona otworzyła mi drzwi i kazała odpieprzyć się od ciebie, bo przecież jesteś z nią szczęśliwy. Paul w co ty ze mną grasz?
Nie wytrzymuję i szlocham, bo nagromadziło się już we mnie zbyt dużo żalu, niepewności i bezradności. Widzę, że ojciec chce podejść, więc odsuwam się jeszcze dalej.
- Oliwia, to jakieś głupie nieporozumienie. Błagam cię, uwierz mi. To Jasmine… Oliwia zaczekaj, zaraz będę.  
Do moich uszu dociera już tylko urywany sygnał, ale co on mnie obchodzi. Chowam telefon do kieszeni i z zaczerwienionymi oczami odwracam się w stronę ojca i Huberta.
- Macie mi powiedzieć o co w tym wszystkim chodzi! I kto jest odpowiedzialny z śmierć Zuzy!
Na ojcu chyba jakieś wrażenie robi mój władczy ton głosu, ale Hubert przypatruje mi się uważnie.
- Mówiłem, żebyś dała sobie spokój z tym Amerykaninem.
Zagryzam wargę, ale to nic nie pomaga. Hubert ma rację. Nadal nie wiem czy Paul ma coś wspólnego z zabójstwem Zuzy, ale jakie to ma teraz znaczenie. Już nigdy nie uwierzę w żadne jego słowo.
- Oliwia, co on ci zrobił?
Do rozmowy włącza się ojciec, ale to akurat ostatnia osoba, której chcę opowiadać o swoich uczuciach. Czuję potworne zmęczenie, ale dopóki nie usłyszę nazwiska człowieka, który zabił moją przyjaciółkę nie zaznam spokoju.
- Powiedzcie mi tylko kto to jest. Proszę.
Ojciec i Hubert patrzą to na siebie to na mnie. Ile mam jeszcze czekać?
- Oliwia, chodźmy stąd, porozmawiamy w jakimś spokojnym miejscu.
- Nie. Ja już dłużej nie mogę czekać.
Hubert lekko kiwa głową, ojciec wzdycha ciężko. Obaj się poddają, więc czekam aż któryś w końcu wyrzuci z siebie to straszne nazwisko.
Ale tuż obok mnie parkuje auto i wyskakuje z niego Paul. Za nim wysiada Adrian. Lotman ma takie zagubienie w oczach, jakby nie wiedział co się wokół niego dzieje. Ja tez już nie wiem.
- Oliwia, jak dobrze, że jeszcze jesteś. To jakieś okropne nieporozumienie, ja naprawdę kazałem się Jasmine wynosić. Nie wiem co ona robi w moim mieszkaniu, uwierz mi.
- Paul, daj spokój – mówię cicho, nie patrząc na Amerykanina – Ja już nie chcę mieć ani z nią ani z tobą nic wspólnego.
- Oliwia, co ty mówisz? – wtrąca się Adrian, ale ja już podjęłam decyzję. Dość tych wszystkich kłamstw. Dość tego ciągłego dowiadywania się, że ludzie wokół mnie nie są tymi, za których ich uważałam. Dopilnuję tylko tego by policja w końcu zamknęła sprawcę śmierci mojej przyjaciółki, a potem wyjadę, choćby na koniec świata.
- To co słyszałeś. Ja już więcej nie zniosę tych kłamstw. Życzę ci wszystkiego dobrego Paul.
Odwracam się i prawie biegiem uciekam, byle jak najdalej od niego. By nie zdążył mnie zatrzymać. By już nie rozmyślać. By już się więcej nie wahać.
Słyszę krzyki, słyszę, że ktoś biegnie za mną, ale nie zatrzymuję się. Prawie na ślepo zdążam przed siebie i zupełnie nie zdaję sobie sprawy, co mnie czeka.
Nim zdążę się zorientować z piskiem opon tuż obok mnie zatrzymuje się samochód. Nawet nie jestem w stanie dojrzeć jego marki ani koloru, bo jakieś silne ręce wciągają mnie do środka.

***
Dla Capitana Amore.