6 lutego 2014

19. "A ty długo jeszcze zamierzasz się tu ukrywać?"

Czasem kiedy patrzy się z perspektywy czasu na pewne wydarzenia nabierają one innego znaczenia. Można dostrzec w nich więcej ukrytych znaczeń, szczegółów, które nam umykają. Z biegiem czasu nabiera się dystansu, a to co wcześniej wydawało się końcem świata, staje się tylko jednym z wielu problemów, które są do przejścia.
Zbliża się koniec kwietnia, Kraków wygląda pięknie mimo kapryśnej pogody. Dobrze czuję się w tym mieście, choć tęsknota za Rzeszowem nie pozwala mi zapomnieć o miejscu, gdzie powinnam być. Do stolicy Małopolski przyjechałam by złapać oddech, by dojść do porozumienia sama ze sobą i zrozumieć pewne sprawy. Powoli, małymi kroczkami wracam na właściwą drogę.
Zamykam książkę kiedy rozlega się rytmiczne pukanie do drzwi, a do pokoju zagląda Olga.
- Oliwia, masz gościa.
Olga to koleżanka mamy z dawnych lat. Zgodziła się mnie gościć przez te kilka miesięcy, a ja, dzięki jej towarzystwu, odżyłam po tamtych dziwnych wydarzeniach.
Wygładzam nakrycie na kanapie i czekam aż gość przekroczy próg pokoju. Kiedy widzę uśmiechniętego Paula robi mi się ciepło na sercu.
- A ty znowu z nosem w książce? Dałabyś już sobie spokój.
- Chciałam ci przypomnieć, że mam zawalony rok i muszę się sama dokształcać.
Niestety nie byłam w stanie wrócić na uczelnię. Ten rok mi przepadnie, ale w mieszkaniu Olgi jest tyle książek dotyczących prawa i wielu innych rzeczy, że spokojnie mogę sama zapoznać się z wieloma zagadnieniami. A na studia wrócę. Tylko jeszcze nie wiem czy nie zostać tu w Krakowie.
- Siadaj. Napijesz się czegoś?
Podnoszę się by przynieść Paulowi sok, ale on kręci głową więc ponownie siadam na kanapie.
- To mów co u ciebie.
- Właśnie skończyłem sezon. Zdobyliśmy Mistrzostwo Polski – mówi skromnie, a ja z radości rzucam mu się na szyję.
- To super. Dumna jestem z ciebie.
- Tylko szkoda, że nie było cię na meczu.
Trochę czuję się winna. Wyjazd do Krakowa nie pozwolił na to by moja znajomość z Paulem rozwijała się prawidłowo. On już pozbył się Jasmine ze swojego życia, mama pomogła mu uporać się z rozwodem. Jego była żona wróciła do Stanów.
Cisza, która zaczyna dominować nie jest sprzyjająca, ale boję się ją przerwać. Decyduje się na to Paul.
- Właściwie wpadłem, żeby się pożegnać. Muszę jechać do Stanów na zgrupowanie. Wiesz, sezon reprezentacyjny.
- No tak.
Nie wiem co mogę więcej powiedzieć. Wiem, że będzie mi go brakowało, bo już tu w Krakowie strasznie za nim tęskniłam, mimo, że dzwoniliśmy do siebie niemal codziennie. Nie chciałabym, żeby nasz kontakt zupełnie się urwał.  
- Ale w październiku chyba przyjedziesz na ślub mamy i Andrzeja – pytam z nadzieją. Wiem, że Paul jest na liście gości, bo mimo, że do października jeszcze szmat czasu, to mama ma już wszystko zaplanowane. Dobrze, że związała się z Andrzejem. Wybaczyłam jej to kłamstwo o ojcu. Długo rozmawiałyśmy i zrozumiałam, że w ten sposób chciała trzymać mnie z dala od ciemnych interesów ojca. Pewnie gdybym była na jej miejscu zrobiłabym to samo.
Jeśli chodzi o ojca to wyjechał. Ale już nie za granicę, tylko do Warszawy. Kilka razy zapraszał mnie do siebie, ale chyba nie wybiorę się do stolicy. Od mamy wiem, że ojciec dzięki znajomościom znalazł pracę, ale już nie w kancelarii, a jakiejś dużej firmie. Po tym jak wyszła na jaw sprawa z Ramzesem, bo tak w środowisku mówią na właściciela Opery, ojciec stracił prawo do wykonywania zawodu. I tylko jakimś cudem uniknął większej kary.
Jeśli chodzi o samego Ramzesa to toczy się przeciw niemu tyle postępowań, że chyba do końca życia nie wyjdzie zza krat. Już choćby za zabójstwo Dominika czeka go długi wyrok. Do tego dochodzi jeszcze handel narkotykami, szantaż, zmuszenie Huberta do zabójstwa, kierowanie grupa przestępczą i korupcja. To właśnie od tej korupcji wszystko się zaczęło, a ja w końcu dowiedziałam się jak było naprawdę. Ojciec i matka Zuzy dali się przekupić Ramzesowi. Za dużą sumę pieniędzy spreparowali dowody i Ramzes uniknął skazującego wyroku. Zaraz potem jakiś członek jego gangu potrzebował wsparcia w sądzie, ale ani ojciec ani matka Zuzy nie chcieli ponownie godzić się na oszustwo. Wtedy Ramzes się wściekł. Kazał zwrócić wszystkie pieniądze i straszył, że doniesie o łapówce. Ojciec i pani Jola mocno się przestraszyli. Zwrócili mu wszystko co do grosza, ale widmo prawdy, która zniszczyła by nie tylko ich karierę sprawiło, że zdecydowali się na ucieczkę. Matka kiedy dowiedziała się o tym wszystkim zażądała rozwodu. Mi powiedziała, że ojciec zostawił nas dla innej.
- Jasne, że będę na tym ślubie. Nie mógłby sobie odpuścić, zwłaszcza, że duża impreza się szykuje.
I to jak. Matka chce rozpocząć nowe życie z duża pompą więc zaprosiła do pomocy Olgę. A Olga ma taki zmysł estetyczny i tyle pomysłów na uatrakcyjnienie przyjęcia, że będzie się działo. Fakt, że będzie tam też Paul powoduje, że już nie mogę doczekać się tego wydarzenia.
- A ty długo jeszcze zamierzasz się tu ukrywać?
Wiem czemu ma służyć to pytanie. Ma zmusić mnie do podjęcia decyzji i ostatecznego rozliczenia się z tamtymi sprawami. Jak to mówią czas leczy rany. I pozostawia blizny na pamiątkę.
- Paul dobrze wiesz, że to nie takie proste. Tam zaraz nachodziłby mnie Kostecki. No i Hubert…
- Nie zapominaj, że dzięki temu policjantowi wszyscy żyjemy.
Praktycznie każdej nocy śni mi się ten dzień. Tak chwila, kiedy właściciel Opery złapał moją dłoń i wymierzył w  Paula i Huberta. Gdyby nie Kostecki, który wpadł razem ze swoją grupą operacyjną i nie strzelił w kierunku Ramzesa, któryś z dwójki moich przyjaciół już by nie żył. A tak obaj byli cali i zdrowi. Zadziwiające było to, że to Hubert powiadomił Kosteckiego co się dzieje i gdzie prawdopodobnie Ramzes będzie nas przetrzymywał. Majewski wykonał telefon do swojej sąsiadki, a ta powiadomiła Kosteckiego, bo jak się okazało jest jego babcią.
Paul ma rację, że zawdzięczamy Kosteckiemu życie, ale gdyby nie Hubert pomoc mogłaby przyjść za późno…
- A z Hubertem też w końcu powinnaś porozmawiać. Nie możesz go unikać do końca życia.
Prawda o Hubercie, Zuzie i Dominiku okazała się bardziej bolesna niż przypuszczałam. To Hubert udusił Zuzę. Zrobił to po części ze strachu, a po części ze złości. Zuza czuła, że dziej się coś złego od kiedy pojawił się Dominik. Chłopak próbował nakłonić ją do spotkania z Ramzesem, a ona z kolei miała namówić mnie. Obie miałyśmy wpaść w szpony tego szaleńca, po to by nasze rodziny poczuły to samo co on. Ramzes musiał już wtedy wiedzieć, że jego syn jest na straconej pozycji. Że to przez niego wpadł w sidła nałogu i nie ma już dla niego ratunku. Zuza i ja też miałyśmy stać się takimi straceńcami…
Dominik namówił Zuzę na spotkanie z Ramzesem. Nawciskał jej bajeczek o tym jak to mężczyzna został poszkodowany przez jej matkę i mojego ojca. I Zuza była gotowa iść i posłuchać żalów właściciela Opery. O to właśnie pokłóciła się z Hubertem tamtego wieczora pod klubem, gdzie widział ich Adrian. Moja przyjaciółka nie wiedziała, że to już jej ostatnia rozmowa, bo w żyłach już krążyły substancje otępiające umysł, które Dominik dosypał jej do soku. Przynajmniej nie czuła bólu gdy Hubert zacisnął jej na szyi swoje palce. Majewski zrobił to z powodu lufy pistoletu, którą Ramzes przyłożył mu do skroni. Ja do tej pory czuję ból, kiedy o tym myślę.
Do Dominika dopiero wtedy dotarło dla kogo pracował. Pomógł Hubertowi uciec, bo Majewski pracując w Operze był pod stałą obserwacją Ramzesa. Kiedy obaj próbowali uchronić swoje życie, zupełnie przez przypadek w paradę wszedł im syn Ramzesa i na ich oczach zginął. Choć właściciel Opery doskonale wiedział, że nie ma w tym żadnej winy chłopaków to obsesja pomszczenia syna tak się w nim zagnieździła, że nic nie było go już w stanie powstrzymać. Dopadł Dominika, ale co paradoksalne całą winą obarczył mojego ojca. Bo gdyby ojciec te kilka lat temu nie wziął od niego tych pieniędzy, gdyby matka Zuzy nie spreparowała tych dowodów, to Ramzes poszedłby siedzieć, a jego syn nie miał tak łatwego dostępu do narkotyków. Właściciel Opery nie mógł pogodzić się z myślą, że to on wciągnął syna w to bagno. Odnalezienie i ukaranie innych było dla niego jednym sposobem by do końca nie zwariować.
- Chciałabym wybaczyć Hubertowi, ale nie wiem czy potrafię – wiem, że mogę Paulowi powiedzieć wszystko co czuję. Gdyby nie było go tam wtedy to nie wiem co by się stało. Była taka chwila, że moja wściekłość na Huberta osiągnęła szczyt krytyczny. A gdybym strzeliła? Byłabym taka sama jak Ramzes. Ale na moje szczęście był tam Paul. I jednym krótkim spojrzeniem przekonał mnie, że nie warto. Że to nie ja jestem od wymierzania sprawiedliwości, że to chora gra.
- Myślę, że powinnaś spróbować. On tego potrzebuje.
Paul ma rację. To wszystko należy już do przeszłości. Teraz trzeba budować przyszłość.
- Spróbuję.
Amerykanin przyciąga mnie do siebie i długo tkwimy w szczelnym uścisku. A te upływające minuty utwierdzają mnie w przekonaniu, że pora wracać. Że to w Rzeszowie jest moje życie.
- No Oliwia, na mnie już czas. Zaraz mam samolot do Stanów.
Mimo, że Paul nadal siedzi koło mnie, to czuję w środku narastającą pustkę. Do Rzeszowa chciałam wrócić przede wszystkim dla niego. I teraz mogę pluć sobie w brodę, że zmarnowałam tyle czasu zaszywając się tu, w Krakowie.
- Trzymaj się Oliwia – Paul składa na moich ustach krótki pocałunek – I nie miej takiej miny. Zostaję w Resovii jeszcze na przyszły sezon – wychodzi, ale nie zostawia mnie samej. Pustkę, którą jeszcze przed chwilą czułam wypełnia nadzieja, że ten pocałunek nie był ostatnim.   

KONIEC

***
I takim to oto sposobem żegnam się z Oliwią i Paulem, choć muszę przyznać, że podczas pisania tego ostatniego rozdziału po głowie krążyła mi myśl, by napisać o nich kolejną część. Nie mówię tak, nie mówię nie, z moimi pomysłami nigdy nic nie wiadomo.
(Mam wrażenie, że sknociłam ten rozdział).
Nadeszła pora na podziękowania. A więc dziękuję wszystkim i każdemu z osobna, którzy zawitali tu na chwilę bądź na dłużej, tym którzy pisali komentarze bądź nie pisali. Dziękuję tym, którzy choć trochę zżyli się z tymi bohaterami. Dziękuję wam bardzo, że tu byłyście (bo chyba żaden pan tu nie zajrzał). 
Był to mój pierwszy blogi i tyle tu było niedociągnięć, że głowa mała, ale jak to mówią pierwsze śliwki robaczywki. Następnym razem będzie lepiej bo człowiek najlepiej uczy się na błędach i w praktyce;)
Nie żegnam się z blogową przygodą. Muszę przyznać, że mocno to wciąga, a moja wyobraźnia jak na razie ma się całkiem dobrze i pozwoliła mi stworzyć coś nowego. O byłym Resoviaku, który obecnie szuka szczęścia w Rosji ( i nie jest to bynajmniej Grozer, choć tak myślę, że na niego też przyjdzie pora:-D).
Pozdrawiam was wszystkich serdecznie i mam nadzieję, że miło spędziłyście czas czytając moje wypociny.
Całe opowiadanie dedykowane jest Oli, ale Ty o tym doskonale wiesz. 
Do zobaczenia na nowym blogu!


 

29 stycznia 2014

18. "Pozory mylą" część II

Ocieram łzy z policzków i pociągam nosem. Czuję na sobie wzrok właściciela Opery. Nie potrzebuje jego współczucia. Chcę tylko by ten koszmar dobiegł końca. Poczucie, że ci których znam są zupełnie innymi ludźmi jest nie do zniesienia.
- Wypuść mnie.
Mężczyzna mruży oczy i sięga po kolejnego papierosa. Trudno z tej twarzy wyczytać jakiekolwiek intencje. Przez krótką chwilę czułam z nim dziwną więź, taką, która zbliża ludzi pozbawionych czegoś cennego. Ale ta więź nie miała racji bytu. Przecież miał na sumieniu Dominika.
- Już ci mówiłem, że nic ci nie zrobię. I nie wypuszczę cię, póki twój ojciec się tu nie pojawi.
- Chcę stąd wyjść!
Jestem już zmęczona tym całym przestawieniem; udziałem w tej dziwnej grze, gdzie nie panują żadne reguły, a ja jestem tylko pionkiem, który sam nie może nic zdziałać. Chcę uciec w miejsce, gdzie nikt i nic nie będzie przypominać mi o całej sprawie. 
- Uspokój się!
To już nie jest przyjazny głos, pełen zrozumienia i współczucia. Brzmi raczej jak warknięcie wygłodniałego psa, który gotów jest zagryźć za odrobinę jedzenia. Teraz dopiero widzę, że i on odczuwa głód. Głód zemsty.
- Czego ty chcesz od mojego ojca? – pytam zrezygnowana, a złość ustępuje miejsca powracającemu przerażeniu.
- Mam z nim rachunki do wyrównania – odpowiada wymijająco i zaciąga się papierosem. Nie pozostaje nic innego jak czekać. A jeśli ojciec nie przyjdzie? Już raz uciekł. Czy wtedy ten mężczyzna będzie mnie tu więził aż nie wymyśli innego sposobu jak dokonać zemsty?
- Zanim pojawi się twój ociec chcę, żebyś posłuchała mojej rady w pewnej sprawie – patrzę na niego z wyraźną niechęcią, a na jego ustach pojawia się pokrętny uśmieszek, który szpeci mu twarz – Posłuchasz mnie dla własnego dobra. Wiem, że spotykasz się z pewnym obywatelem Stanów Zjednoczonych. Jeśli nie chcesz kłopotów to omijaj go z daleka.
- Dlaczego? Co takiego Paul może mi zrobić?
- On pewnie nic, prócz tych wszystkich bzdur jak złamane serce i zawiedzione zaufanie. Ale jego żona jest zdolna do wielu gorszych rzeczy.
- Skąd to możesz wiedzieć? – pytam podejrzliwie, bo przestaje mi się podobać to co słyszę.
- Wiem, bo znam Jasmine. A wiesz, że ona ma polskie korzenie. Właściwie ma takie same korzenie jak ja…
Rozmarzony uśmiech rozlewa się po jego twarzy, a mi robi się niedobrze od tych nowych informacji. Paul chyba sam nie był świadom tego z kim się związał. Kolejny dowód na to, że pokładanie zaufania w innych to tylko mrzonka.
- Czemu mi o tym mówisz?
- Jasmine mnie poprosiła. Podobno wpakowałaś się do ich życia i namówiłaś tego Amerykanina by ją zostawił. Cóż, odważne to było z twojej strony i nawet cię trochę za to podziwiam, ale teraz lepiej odpuść. Polubiłem cię i szkoda by było, gdyby Jasmine się do ciebie dobrała.
Wpatruję się w niego i nie mogę uwierzyć w to co słyszę. Nawet nie jestem w stanie wytłumaczyć mu, że wcale tak nie było, że Paul jeszcze przed poznaniem mnie planował rozwód. Mam wrażenie, że jego słowa to tylko taka bajka dla zabicia czasu w oczekiwaniu na przybycie moje ojca. Ale to zadowolenie, które wyraża krótkim śmiechem każe mi mieć się na baczności. Ten człowiek jest nieobliczalny. A w zasięgu jego ręki nadal znajduje się połyskująca broń.
Wpatruję się w nią minutę, a do głowy wpada mi szalona myśl, by złapać ją, strzelić i uciec. Takie rozwiązanie miało by pewnie sens w filmie akcji. W prawdziwym życiu nie ma bohaterów. Są tylko ludzie mniej egoistycznie nastawieni do świata.
Po kolejnych minutach spędzonych w ciszy rozlega się ciche pukanie do drzwi. Pojawia się mężczyzna, który mnie tu przyprowadził. Wpatruje się w swojego szefa, czekając aż ten da mu znak by mógł mówić.
- Już są. Przyszło ich dwóch.
- Dwóch?
- Tak, przyszedł też ten Amerykanin.
- A Majewski?
- Jego też już mamy.
- Świetnie przyprowadź ich tu wszystkich – mężczyzna wyszedł, a właściciel Opery rozsiadł się wygodnie na fotelu z wyraźną błogością – No to Oliwia, zaczynamy przedstawienie.
- Paul nie ma z tym nic wspólnego. Każ go wypuścić – musiałam ratować co się dało i kogo się dało. Niestety, moje prośby były dalekie od spełnienia.
- Sam tu przyszedł. A skoro przyszedł musi zostać. Może chce ci powiedzieć, że jednak się nie rozwodzi – świetnie bawił się moim kosztem. A jeszcze przed chwilą współczułam mu straty syna.
- Jesteś podły.
- Całe życie jest podłe kochana – mówi sentencjonalnie i w tym momencie ponownie otwierają się drzwi. Pierwszy wchodzi ten nieznajomy mężczyzna a zaraz za nim ojciec i Paul oraz jeszcze jakiś dwóch byków z wyraźnie niskim poziomem inteligencji.
- Oliwia! Nic ci nie jest dziecko? – ojciec wyskakuje do mnie, ale silna ręka mężczyzny zatrzymuje go w połowie drogi. Paul patrzy to mnie to właściciela Opery i pewnie próbuje zrozumieć o co chodzi w tej całej grze.
- Nic mi nie jest.
- Oczywiście, że nic jej nie jest Jerzy. Zadbałem o twoją córkę najlepiej jak umiałem – właściciel Opery podnosi się z fotela, a z jego twarzy znikają wszystkie pozytywne emocje. Zostają tam tylko chłód i nienawiść – Zaprosiłbym na to spotkanie też Jolantę, ale biedaczka jest w żałobie.
- Nie miałeś prawa zabijać jej córki.
- To nie ja ją zabiłem Jerzy. Zrobił to ten oto młodzieniec.
Drzwi otwierają się kolejny raz. Dwóch mężczyzn wprowadza Huberta. Majewski wygląda strasznie. Z nosa i wagi kapie mu krew, oko ma tak spuchnięte, że ledwo co dostrzegam jego źrenicę. Patrzy w moją stronę z wyraźną oznaką przegranej.
- Oliwia, ja tego nie chciałem…
Jego słowa wbijają się we mnie jak kolce i pozostawiają tysiące małych, krwawiących ran.
- Hubert powiedz, że to nie prawda. Powiedz, że to nie ty!
- Ja tego nie chciałem… Proszę, uwierz mi. On mnie do tego zmusił – podbródkiem wskazuje na właściciela Opery. W oczach mężczyzny pojawia się przebłysk szaleństwa.
- Nie kłam – jego głos jest jak syk węża, który zaraz złapie swoją ofiarę, udusi ją swym śliskim ciałem i z rozkoszą połknie dogorywające ciało. Po raz pierwszy czuję prawdziwe przerażenie.
- Hubert powiedz mi prawdę – mój błagalny ton głosu zostaje przekrzyczany przez właściciela Opery.
- Prawda jest taka, że to on zabił tą dziewczynę! A twój ojciec jest winny śmierci mojego syna!
- A mówiłeś, że to Dominik…
- Zamknij się głupia dziewczyno. Nie wiesz kim jestem a wierzysz w każde moje słowo. Życie to całe pasmo kłamstw, okłamujemy się na każdym kroku, w każdej sytuacji, w każdej rozmowie. Więc dlaczego ja miałbym mówić ci prawdę? Wszyscy cię okłamywali. Ja też mogę.
Serce wali mi w piersi powodując olbrzymi ból. Myśli wirują w głowie, składają się w całość, by po chwili zupełnie sobie zaprzeczyć. Nie ma czegoś takiego jak prawda. Jest tylko wiara w kłamstwo.
- To Dominik zabił mojego syna. Razem z nim – wskazuje na Huberta – I za to spotka ich zasłużona kara. Ale za tą śmierć odpowiedzialny jest Jerzy. To przez niego doszło do tego wszystkiego.
- Oliwia nie słuchaj go, jego syn sam przedawkował – za te słowa Hubert otrzymuje potężny cios w brzuch. Jego głośne jęknięcie odbija się echem po całym pomieszczeniu.
- A teraz posłuchaj mnie uważnie – właściciel Opery zbliża się do mnie, a w jego dłoni błyszczy ciemny metal broni – Tylko ty i jeden z nich wyjdziecie stąd żywi. Ty zadecyduj który.
Wpatruję się w niego, nie mogąc pojąć jego słów. On nie daje mi żadnego wyboru. Mam zadecydować, który z nich nadal będzie mógł oddychać, chodzić, cieszyć się życiem? A co z resztą? Nie, takiego wyboru nie da się dokonać. Jeden z nich to mój ojciec, drugi przyjaciel, na trzecim zależy mi bardziej niż sama zdaję sobie z tego sprawę. Nie, ja takiego wyboru nie dokonam.
- Wypuść nas wszystkich – doskonale wiem, że moje słowa nie zrobią na nim żadnego wrażenia, ale muszę jakoś zdobyć trochę cennego czasu by coś wymyślić. Ten człowiek wydaje się obłąkany przez zawiść, poczucie niesprawiedliwości i chorobliwe pragnienie zemsty za śmierć syna.
- Tylko ty i jeden z nich – mówi cicho i wkłada mi pistolet w dłoń. Jest ciężki i odrażający. Ręce zaczynają mi drżeć – Wybierz jednego z nich a potem wymierz sprawiedliwość.
Czuję jak pocą mi się dłonie, jak broń ślizga mi się w palcach. To nie może się dziać naprawdę. To tylko jakiś głupi i ponury sen.
- No dalej Oliwio, wybierz któregoś z nich. Jeden zabił twoją przyjaciółkę. Drugi jest odpowiedzialny za śmierć mojego syna. Trzeci tylko złamie ci serce, bo nigdy nie zostawi dla ciebie swojej żony. Który z nich zasługuje na ratunek? A może żaden…
- Przestań!
Teraz już drży całe moje ciało. Pistolet ciąży mi w dłoni. W głowie kotłuje się tysiące głosów, które niezdarnie podpowiadają co mam zrobić. Zyskać czas… Zyskać choć jeszcze trochę czasu…
- Najpierw chcę dowiedzieć się prawdy.
Właściciel Opery kręci głową z niecierpliwością.
- I na co ci to dziewczyno? Dla każdego prawda jest czymś innym. Wystarczy, że odrzucisz to co uważasz za kłamstwo. Poza tym prawda nie przywróci życia twojej przyjaciółce. Masz szansę ją pomścić. Zrób to dla niej.
- Nie.
Patrzę po kolei na trzech mężczyzn, którzy mają szczególne miejsce w moim życiu. Ojciec wpatruje się we właściciela Opery, zupełnie nieprzyjęty faktem, że za chwilę może zginąć. Hubert jest zupełnie pokonany. Zwisa bezwładnie w stalowym uścisku dwóch mężczyzn. Paul jest zupełnie nieświadomy tego co się dzieje. Patrzy na mnie ze spokojem, a nawet uśmiecha się nikle, jakby chciał powiedzieć, że to nie może się źle skończyć. Przecież mamy siebie, a to co się dzieje ma tylko utwierdzić nas w przekonaniu, że cały świat może karmić się pozorami, a my będziemy na to obojętni, bo potrafimy uwierzyć sobie nawzajem. To ten opętany przez chęć zemsty mężczyzna jest przegranym w całej tej grze pozorów i kłamstw.
- Coś ty powiedziała głupia dziewczyno?! Masz w tej chwili strzelić!
Zanim zdążę się zorientować mężczyzna łapie moją dłoń, wymierza broń gdzieś pomiędzy Huberta i Paula, zaciska mój palec na spuście i w tym momencie czas spowalnia jakby ktoś chciał dłużej delektować się tą chwilą.
Huk wystrzału ogłusza, siła strzału odrzuca do tyłu. Śmiercionośny pocisk zmierza do celu.
Droga do prawdy zawsze jest bolesna. Ale nie na tyle by przegrać.  

***
Trochę mnie poniosło. I pewnie trochę to wszystko naciągane, ale co tam. To w końcu tylko fikcja i moja dziwna wyobraźnia. 
Jeszcze kilka spraw się nie wyjaśniło dlatego czeka nas jeszcze jedno, już ostatnie spotkanie z Oliwią i Paulem. Ale to dopiero w lutym. 
Ola, chciałaś dedykację dla smutnych zawodników z Roeselare. Chyba po tym dwumeczu z Resovią aż tacy smutni nie byli, ale jeśli nawet to w szatni włączyli sobie Can't hold us i wszystko już było dobrze.
Witam też nową czytelniczkę. Dziękuję za miłe słowa i cieszę się, że ta historia przypadła ci do gustu.
To chyba tyle. Do następnego!

17 stycznia 2014

17. "Pozory mylą" część I


    Ciemność jaka panuje w tym ponurym pomieszczeniu jest przytłaczająca. Nie mam pojęcia ile czasu już tu siedzę, bo zabrali mi telefon. Nawet nie wiem kim są.
Jest mi okropnie zimno, a ze zdenerwowania cała trzęsę się w środku. Ostrzeżenia Huberta okazały się trafne. Teraz przyszła kolej na mnie.
Szkoda tylko, że nie będę miała okazji porozmawiać z najbliższymi ten ostatni raz. Żałuję, że nie dane mi będzie poznać prawdy o mojej rodzinie, o Zuzie, Hubercie, Paulu. Na ich wspomnienie mam ochotę się rozpłakać, ale coś mi mówi, że to nie pora na użalanie się nad sobą.
Trochę to jednak przykre, że odejdę taka nieświadoma tego co dzieje się wokół mnie. I nie pożegnam się z najbliższymi.
Do pomieszczenia wpada trochę światła, kiedy otwierają się drzwi. Moje oczy, oswojone z ciemnością, nie mogą wyłapać szczegółów w wyglądzie człowieka, który podchodzi do mnie i bez słowa stawia na nogi.
- Idziemy.
Chłodna obojętność w jego głosie sprawia, że moje ciało sztywnieje, a w ustach czuję jakiś dziwny posmak. To nie może się tak skończyć, nie teraz. Muszę wyjaśnić jeszcze wiele spraw.
- Gdzie jestem?
- Zaraz się przekonasz.
Mężczyzna prowadzi mnie wąskim korytarzem, do pomieszczenia na jego końcu. Rozglądam się dookoła, ale to miejsce nic mi nie mówi. Twarz mężczyzny też jest mi nieznana i właściwie niczym się nie wyróżnia. Nie jest ani piękna, ani brzydka. Właściwie jest nijaka. I nie pasuje mi do twarzy mordercy. Ale przecież pozory mylą.
- Wejdź.
Otwiera przede mną drzwi, a ja z trudem przełykam ślinę. Nogi mam jak z ołowiu i niepewnie stawiam pierwszy krok. Zniecierpliwiony mężczyzna popycha mnie, więc niemalże wpadam do pomieszczenia. Pierwsze co odczuwam to dym tytoniowy, który drażni moje nozdrza.
- Podejdź Oliwia, nie masz się czego bać.
Postać, która siedzi za biurkiem nakazuje gestem dłoni bym podeszła bliżej. Nie mam żadnych szans na ucieczkę, ale póki jeszcze żyję muszę dowiedzieć się jak najwięcej.
- Kim jesteś? I skąd znasz moje imię?
Dostrzegam na twarzy nieznajomego cień cynicznego uśmiechu. Ponawia gest dłonią, ale ja nie ruszam się z miejsca.
- Czego ode mnie chcesz?
- Oliwia, Oliwia – cmoka z niezadowoleniem i gasi papierosa w szklanej popielniczce, która stoi na dużym, mosiężnym biurku – Czy nie mówi się, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła? A ty chyba nie chciałabyś tam trafić, prawda?
Nie znam zasad jego gry. Nie wiem w jakim celu jego ludzie wciągnęli mnie do samochodu, a potem przywieźli w to dziwne miejsce. Nie wiem dlaczego jeszcze się mnie nie pozbyli, tak jak zrobili to z Zuzą i Dominikiem. Mogę jedynie dziękować Bogu, że jeszcze żyję.
- Kim jesteś?
Pełna determinacji ponawiam moje pytanie, co sprawia, że mężczyzna wstaje, a ja mogę dokładniej przyjrzeć się jego twarzy. I dociera do mnie, że już go widziałam. Ostatnio w sytuacji nie do pozazdroszczenia.
- To pan?
Właściciel Opery i pracodawca Huberta uśmiecha się nikle. Czy to możliwe, żeby to on był odpowiedzialny za śmierć mojej przyjaciółki? Jaki miałby motyw? Czy to on jest tym człowiekiem przed którym musiał uciekać ojciec?
- Oliwio, podejdź i usiądź. Nie będziemy tak rozmawiać.
Nie mam wyjścia. Stawiam te kilka kroków i padam na krzesło. On ponownie zajmuje swoje miejsce i wtedy dopiero dostrzegam, że obok popielniczki na biurku leży jeszcze broń. Wpatruję się w nią jak zahipnotyzowana, co nie umyka jego uwadze.
- To tylko po to by nadać całej sytuacji większą powagę – rzuca niedbale i odsuwa pistolet na bok. Nie mogę przestać patrzeć na ten śmiercionośny przedmiot, a z moich ust samoczynnie wyrywają się słowa.
- Zabijesz mnie?
Właściciel Opery zaczyna się szczerze śmiać, a ja czuję się kompletnie sparaliżowana całą sytuacją. Wnętrzności mam poskręcane aż do bólu.
- Nie zaprosiłem cię tu, po to, żeby cię zabić.
Pewnie gdybym się tak nie bała, to prychnęłabym na jego słowa. Ale nie było mi do śmiechu. Nie miałam żadnej gwarancji, że nic mi nie zrobi.
- Więc po co?
Jego wzrok dokładnie zbadał każdy centymetr mojej twarzy. Jeżeli to miało sprawić, że poczuję się jeszcze gorzej, to udało mu się.
- Jesteś tu ze względu na twojego ojca. Dzięki tobie Jerzy na pewno się tu pojawi.
Więc to one jest tym człowiekiem, którego tak boi się ojciec. I to on jest odpowiedzialny za śmierć mojej przyjaciółki.
Strach momentalnie mnie opuszcza. W moich żyłach płynie już tylko nienawiść do tego człowieka. I zupełnie nie obchodzi mnie to co może się za chwilę stać.
- Zabiłeś Zuzę!
Zrywam się z krzesła i dysze ciężko ze złości. Mężczyzna przypatruje mi się ze spokojem i uwagą, jakby badał moje zachowanie. Mam ochotę uderzyć go, zadać mu ból, sprawić, by poczuł to co ja w momencie gdy znalazłam martwą Zuzę.
- Oliwia uspokój się i usiądź. Nie zabiłem twojej przyjaciółki.
- Kłamiesz! Chciałeś zemścić się na jej matce!
Mężczyzna podchodzi do mnie i stanowczym ruchem usadza z powrotem na krześle. Dygocę na całym ciele, ale nie ze strachu, tylko ze złości.
- Jak sama powiedziałaś chciałem zemścić się na Jolancie, nie na jej biednej córce.
- Przestań! Wiem, że to ty! A teraz jeszcze zabiłeś Dominika!
Właściciel Opery mruży oczy, a jej twarz wykrzywia bolesny grymas.
- Czy wiesz dlaczego ten chłopak musiał zginąć?
Zaskoczona kręcę przecząco głową. Nie mam pojęcia dlaczego Dominik nie żyje.
- Bo zabił mojego syna. Razem z twoim przyjacielem Hubertem Majewskim.
Na moment tracę zdolność oddychania. To nie może być prawda… Nie, to nie może być prawda!
- To kłamstwo!
- To nie kłamstwo. A myślisz, że kto cię zaatakował kiedy śledziłaś Dominika? Twój przyjaciel. A wiesz czemu? Bo nie chciał, żebyś była świadkiem tego jak odbiera życie mojemu synowi.
W głowie zaczyna mi wirować od nadmiaru myśli, które to przeczą sobie, to zgadzają się ze sobą. Hubert był wtedy w parku. Tam, gdzie zginęło tych dwóch chłopaków.
- Przecież oni przedawkowali… Wiem to od policji.
Właściciel Opery przygląda mi się ze spokojem i dziwnym zainteresowaniem, choć jego oczy nadal groźnie błyszczą. A ja powoli tracę zaufanie do całego mojego życia.
- Tak, mój syn miał problemy z narkotykami. Z mojej winy. Ale twój przyjaciel wykorzystał to, by zrzucić z siebie podejrzenie.
- Nie wierzę… - kręcę głową, aż zaczynam odczuwać ból. Mój przyjaciel Hubert mordercą? Przecież to jakiś absurd. A ja już nie wiem, kto mówi prawdę, a kto jest kłamcą. Ten człowiek oskarża Huberta. Hubert z kolei rzucał podejrzenie na Paula. Tego jest już zbyt wiele.
- Dlaczego miał by to zrobić? Przecież Hubert nie byłby zdolny do czegoś takiego… To pewnie ten Dominik! To on go zmusił!    
Mężczyzna patrzy na mnie z wyraźną litością, jakby zrobiło mu się żal mojej pewności co do niewinności przyjaciela. Ale dopóki nie przedstawi mi dowodów na winę Huberta, nie uwierzę.
- Widzisz Oliwia, znaleźliśmy się w podobnej sytuacji. Oboje straciliśmy dwoje bliskich nam osób. I oboje szukamy zemsty, prawda?
Chciałam zaprzeczyć, że szukam sprawiedliwości, że chcę by morderca Zuzy zapłacił za swój czyn, ale czy to nie to samo co zemsta? Gdybym chciała sprawiedliwości to oddałabym sprawę w ręce policji i nie mieszała się do tego. Ale nie mogłam tego zrobić, bo nie zaznałabym spokoju, gdym sama nie wymierzyła kary temu zwyrodnialcowi.
- Obserwowałem cię. Widziałem jak próbujesz zrozumieć to co się stało. Jak błądzisz w swoich przypuszczeniach. A rozwiązanie tej przykrej zagadki było o wiele prostsze niż ci się wydawało.
- Czyli?
- To nie ja zabiłem twoją przyjaciółkę. Zrobił to twój przyjaciel. Hubert Majewski.  

***
Z dedykacją dla Jośka. Tak jak chciałaś.
Tak myślę, że jeszcze dwa razy i pożegnam się z Oliwią. Najwyższy czas wszystko powyjaśniać.
Mecz o wszystko szczypiorniaków, czyli emocje gwarantowane. A w sobotę to co lubię najbardziej. Resovia kontra Skra. Będzie się działo. 
Pewnie mnóstwo tu błędów, ale leniwa jestem i nie mam już siły ich sprawdzać (bo mam zakwasy po odśnieżaniu). Także przepraszam, jeśli takowe się pojawiły. 
Do następnego.

9 stycznia 2014

16. "To jakieś głupie nieporozumienie"

     
      - Oliwia, ty nie wiesz co robisz! To niebezpieczne!
Jeszcze nigdy w życiu Hubert nie wnerwiał mnie tak jak w tym momencie. Jego paplanie o tym, że spotkanie z Paulem może grozić jakąś katastrofą nawet największego stoika wyprowadziłoby z równowagi.
- Hubert, daj sobie spokój, Paul nic ci nie zrobi.
Majewski prycha ze złością i chce od początku zacząć swoją śpiewkę po tytułem „Ten pieprzony Amerykanin”, ale uciszam go gestem dłoni. Tego już się nasłuchałam, teraz pora by opowiedział mi o czymś innym.
- Jak to się stało, że Dominik nie żyje?
Hubert na moment przystaje. Ja też się zatrzymuję, to samo robi ojciec, który postanowił nam towarzyszyć, tak jakby mógł się na coś przydać.
- Oliwia, to chyba nie jest dobry moment…
- A kiedy będzie? Chcę w końcu dowiedzieć się prawdy! – tupię nogą ze złością – Całej prawdy!
- Tutaj nie będziemy o tym rozmawiać – oznajmia chłodno Hubert. Świetnie, dalej będziemy tkwić w kłamstwach i niedomówieniach. Super. Może kiedy już dotrzemy do mieszkania Paula chociaż jedno bezpodstawne oskarżenie się wyjaśni.
Bez słowa ruszamy dalej. Hubert doskonale wie, że jestem na niego zła i chyba z tego powodu zaprzestaje swoje powstrzymywania mnie przed spotkaniem z Lotmanem. Chociaż tyle. Ojciec też nic nie mówi, choć on akurat mógłby się odezwać. Już było tak blisko, żebym dowiedziała się kto jest odpowiedzialny za śmierć Zuzy i teraz jeszcze Dominika. Jak wyjaśnimy sprawę z Paulem, to już nie odpuszczę im obu i zmuszę, żeby powiedzieli wszystko, jak na spowiedzi.
Docieramy na osiedle Amerykanina. Ojciec rozgląda się wokół. Pewnie porównuje Rzeszów sprzed swojego wyjazdu z tym co jest teraz. Hubert nie może się powstrzymać i ostatni raz próbuje przekonać mnie do zaniechała swojego pomysłu.
- Oliwia, daj sobie z nim spokój.
- Nie. I udowodnię ci, że się mylisz co do Paula.
Hubert już wie, że jest na przegranej pozycji. Nie protestuje, tylko idzie za mną do drzwi. Ojciec stwierdza, że poczeka na dole, więc wstukuję kod i wpuszczam Majewskiego do środka. Dopiero teraz dociera do mnie cały idiotyzm tej sytuacji. Paul otworzy drzwi, a ja na wejściu zapytam go czy ma coś wspólnego ze śmiercią Zuzy, bo mój przyjaciel podejrzewa go o najgorsze? Totalna głupota.
Mimo to naciskam dwa razy dzwonek, a Hubert przebiera nogami ze zdenerwowania.
- Uspokój się – fukam na niego.
Drzwi się otwierają i, o Boże, to znowu ona!
- Co ty tu robisz?!
- Mogłabym ciebie zapytać o to samo.
Żona Paula krzyżuje ręce na piersi, a ja mam ochotę uderzyć ją, kopnąć, zdeptać, sprawić cokolwiek żeby zniknęła. Jej obecność w tym miejscu jest dowodem na to, że Amerykanin mnie okłamał. Gdyby nie powiedział mi całej prawdy, to jeszcze mogłabym to wybaczyć. Ale takie kłamanie w żywe oczy? Przecież zapewniał mnie, że pozbył się Jasmine ze swojego mieszkania. Więc co ona tu, do cholery, robi?
- Jest Paul?
- Nie ma. A ty w końcu odczep się od niego. Paul jest ze mną szczęśliwy i zapamiętaj sobie raz na zawsze, że żadnego rozwodu nie będzie.
Z tymi słowami zamyka mi drzwi przed nosem. Dolna warga zaczyna mi drżeć, a to oznaka, że mam już dość na dziś i po prostu chce mi się wyć.
Nawet nie patrzę na Huberta, kiedy zbiegam po schodach, jestem głucha na jego słowa. Na zewnątrz omijam ojca, specjalnie oddalam się od nich, bo potrzebuję chwili intymności. By wykonać jeden telefon. By jedną sprawę zakończyć.
Zbieram w sobie resztki sił jakie mi pozostały i czekam aż Paul odbierze. Jeden sygnał, drugi, trzeci. Po szóstym chcę już zrezygnować, ale rozlega się głos Amerykanina.
- Jak tam rozmowa z ojcem?
Czy mam mu teraz wszystko wygarnąć? Czy tak otwarcie powiedzieć, że właśnie odbyłam miłą pogawędkę z jego żoną? Tak, mogę.
- Paul, co Jasmine robi w twoim mieszkaniu?
Cisza trwa minutę. Może trzydzieści sekund. A może tylko sekundę.
- Oliwia o czym ty mówisz?
Pewnie w innych okolicznościach uznałabym to jego pytanie za jakiś kiepski żart. Ale nie tym razem.
- Przed momentem twoja żona otworzyła mi drzwi i kazała odpieprzyć się od ciebie, bo przecież jesteś z nią szczęśliwy. Paul w co ty ze mną grasz?
Nie wytrzymuję i szlocham, bo nagromadziło się już we mnie zbyt dużo żalu, niepewności i bezradności. Widzę, że ojciec chce podejść, więc odsuwam się jeszcze dalej.
- Oliwia, to jakieś głupie nieporozumienie. Błagam cię, uwierz mi. To Jasmine… Oliwia zaczekaj, zaraz będę.  
Do moich uszu dociera już tylko urywany sygnał, ale co on mnie obchodzi. Chowam telefon do kieszeni i z zaczerwienionymi oczami odwracam się w stronę ojca i Huberta.
- Macie mi powiedzieć o co w tym wszystkim chodzi! I kto jest odpowiedzialny z śmierć Zuzy!
Na ojcu chyba jakieś wrażenie robi mój władczy ton głosu, ale Hubert przypatruje mi się uważnie.
- Mówiłem, żebyś dała sobie spokój z tym Amerykaninem.
Zagryzam wargę, ale to nic nie pomaga. Hubert ma rację. Nadal nie wiem czy Paul ma coś wspólnego z zabójstwem Zuzy, ale jakie to ma teraz znaczenie. Już nigdy nie uwierzę w żadne jego słowo.
- Oliwia, co on ci zrobił?
Do rozmowy włącza się ojciec, ale to akurat ostatnia osoba, której chcę opowiadać o swoich uczuciach. Czuję potworne zmęczenie, ale dopóki nie usłyszę nazwiska człowieka, który zabił moją przyjaciółkę nie zaznam spokoju.
- Powiedzcie mi tylko kto to jest. Proszę.
Ojciec i Hubert patrzą to na siebie to na mnie. Ile mam jeszcze czekać?
- Oliwia, chodźmy stąd, porozmawiamy w jakimś spokojnym miejscu.
- Nie. Ja już dłużej nie mogę czekać.
Hubert lekko kiwa głową, ojciec wzdycha ciężko. Obaj się poddają, więc czekam aż któryś w końcu wyrzuci z siebie to straszne nazwisko.
Ale tuż obok mnie parkuje auto i wyskakuje z niego Paul. Za nim wysiada Adrian. Lotman ma takie zagubienie w oczach, jakby nie wiedział co się wokół niego dzieje. Ja tez już nie wiem.
- Oliwia, jak dobrze, że jeszcze jesteś. To jakieś okropne nieporozumienie, ja naprawdę kazałem się Jasmine wynosić. Nie wiem co ona robi w moim mieszkaniu, uwierz mi.
- Paul, daj spokój – mówię cicho, nie patrząc na Amerykanina – Ja już nie chcę mieć ani z nią ani z tobą nic wspólnego.
- Oliwia, co ty mówisz? – wtrąca się Adrian, ale ja już podjęłam decyzję. Dość tych wszystkich kłamstw. Dość tego ciągłego dowiadywania się, że ludzie wokół mnie nie są tymi, za których ich uważałam. Dopilnuję tylko tego by policja w końcu zamknęła sprawcę śmierci mojej przyjaciółki, a potem wyjadę, choćby na koniec świata.
- To co słyszałeś. Ja już więcej nie zniosę tych kłamstw. Życzę ci wszystkiego dobrego Paul.
Odwracam się i prawie biegiem uciekam, byle jak najdalej od niego. By nie zdążył mnie zatrzymać. By już nie rozmyślać. By już się więcej nie wahać.
Słyszę krzyki, słyszę, że ktoś biegnie za mną, ale nie zatrzymuję się. Prawie na ślepo zdążam przed siebie i zupełnie nie zdaję sobie sprawy, co mnie czeka.
Nim zdążę się zorientować z piskiem opon tuż obok mnie zatrzymuje się samochód. Nawet nie jestem w stanie dojrzeć jego marki ani koloru, bo jakieś silne ręce wciągają mnie do środka.

***
Dla Capitana Amore.       

31 grudnia 2013

15. „Musisz wysłuchać wszystkiego od początku by zrozumieć”



Wiem, kto zabił twoją przyjaciółkę.
Nagle, zupełnie niespodziewanie, po tylu dniach rozmyślań, zawirowań i szarpaniny z niebezpieczeństwem prawda miała dotrzeć do moich uszu. I to kto miał ją przekazać? Mój ojciec marnotrawny, który z nieznanego powodu wpycha się do życia mojego i matki. Zupełnie jakby te sześć lat bez niego to była jakaś mrzonka.
Paul, który solidarnie trwa przy mnie, pochyla się i pyta cicho.
- O czym on mówi?
- Że wie kto zabił Zuzę.
Paul marszczy czoło, a na jego twarzy odmalowuje się nieufność. Jakby miał w sobie instynkt, który każe mu podchodzić do słów ojca z dużą rezerwą.
- Skąd ty możesz o tym wiedzieć?! – pytam, prawie krzycząc, ale na ojcu nie robi to żadnego wrażenie. Patrzy na mnie wzrokiem zmęczonego człowieka, schorowanego życiem, któremu powoli zaczyna być wszystko jedno, a przy życiu podtrzymuje go ostatnia rzecz, którą chce naprawić.
- Oliwia, musisz mnie wysłuchać.
Już chcę mu powiedzieć, że nic nie muszę, a tym bardziej nie chcę słuchać tego co ma mi do powiedzenia, ale przed oczami jak żywo staje mi Zuza. W końcu jest szansa, że dowiem się kto pozbawił ją życia. 
- Paul – zwracam się do Amerykanina – Chcę z nim porozmawiać, to w końcu mój ojciec. Możesz zostawić nas samych?
Paul wzdycha z niezadowoleniem, ale kiwa głową na znak, że się zgadza. Całuje mnie przelotnie w kącik ust i odchodzi, nie omieszkając obdarzyć ojca spojrzeniem, które ma oznaczać ni mniej ni więcej tylko to, że jeżeli podczas tej rozmowy uronię choć jedną łzę, to nikt go nie powstrzyma przed tym co chciał zrobić Andrzej.
Ojciec przyjmuje to spojrzenie ze spokojem, a potem rzuca mi zaciekawione spojrzenie.
- To twój chłopak?
- Mieliśmy rozmawiać o Zuzie – przypominam mu szorstko. Nie dam się nabrać na te jego rozczulające spojrzenia i pytania zatroskanego tatusia. Niech wie, że rozmawiam z nim tylko ze względu na moją przyjaciółkę.
- No tak. Więc może chodźmy do mojego samochodu. Trochę zimno dzisiaj.
Słowo się rzekło, więc kieruję się za ojcem do jego auta. Luksusowego audi, który w środku ma taki przepych, że aż mnie mdli. Mocny zapach męskich perfum przyprawia mnie o zawrót głowy.
Ojciec sadowi się obok, a ja nie mogę doczekać się prawdy, więc wyrzucam z siebie:
- Kto zabił Zuzę?
Ojciec uśmiecha się na tę moją niecierpliwość. Pewnie wspomina lata mojego dzieciństwa, kiedy miała w zwyczaju egzekwowanie wszystkiego tupnięciem nogą. Też z pewną nostalgią wróciłabym do tych czasów, gdyby nie to, że ciekawość wręcz pali mnie od środka.
- No, mów!
Twarz ojca krzywi się na mój ostry ton, ale już chcę wiedzieć.
- Oliwia nie mów do mnie w ten sposób.
Przez moment czuję lekki wstyd, że traktuje go tak oschle, ale jest to zaledwie sekunda. Jeśli ktoś nie zasłużył na szacunek to właśnie on.
- Powiesz mi wreszcie?
Ojciec chyba liczył na skruchę z mojej strony, ale zdał sobie sprawę, że się jej nie doczeka. Wypuszcza głośno powietrze i zaczyna wpatrywać się w jeden punkt przed sobą.
- Musisz zrozumieć, że to wszystko nie jest takie proste jak ci się wydaje – zaczyna, a ja unoszę brwi. Spodziewałam się usłyszeć konkretne nazwisko, a nie wstęp do jakiejś dłuższej historii.
- Kto… - chcę po raz kolejny zapytać, ale ojciec przerywa mi niecierpliwym machnięciem ręki.
- Musisz wysłuchać wszystkiego od początku by zrozumieć.
Czy to oznacza, że on ma z tą sprawą coś wspólnego? Czy to dlatego wrócił? Sama już nie wiem co mam myśleć.
Ojciec nabiera dużo powietrza w płuca i kontynuuje.
- To wszystko zaczęło się jakieś siedem lat temu, może trochę więcej. W każdym razie trochę ponad rok nim musiałem wyjechać.
- Zanim nas zostawiłeś – poprawiam go automatycznie, na co krzywi się i zaczyna potrząsać głową.
- Oliwia gdybyś wiedziała… Gdybyś tylko wiedziała – powtarza jak w jakimś amoku.
- To mi w końcu wyjaśnij!
- Dobrze, już mówię – uspokaja się trochę, ale doskonale widzę jak drżą mu dłonie. Dopiero teraz zdaję sobie sprawę, że on też przez te sześć lat mocno się zmienił. Może nie było widać tego na pierwszy rzut oka, może byłam zbyt zaskoczona jego pojawieniem się by to dostrzec, ale ojciec wyraźnie zmizerniał, a na jego twarzy widać było pierwsze zmarszczki. Kiedyś zawsze dumny w swej postawie, teraz przygarbiony, pogodzony z losem.
Zupełnie jak nie on.
- To co powiedziała ci o mnie Basia nie jest prawdą. Nie wyjechałem z inną kobietą. Nigdy w moim życiu nie było żadnej innej kobiety prócz Twojej matki. Wyjechałem, bo chciałem was w ten sposób chronić.
Jego słowa pulsują niemiłosiernie w mojej głowie, a ja nie potrafię dać im wiary. To niemożliwie, żeby mama przez tyle czasu mnie okłamywała. Chociaż to, że prowadzi sprawę rozwodową Paula zataiła przede mną. Ale nie, to zupełnie inna kwestia. Jeśli to co mówił ojciec było prawdą, to moja własna rodzona matka, przez te wszystkie lala, z jakiegoś nieznanego powodu podsycała we mnie nienawiść do człowieka, który wyjechał, by nas ochronić. Ale ochronić przed czym? I dlaczego miałabym mu wierzyć? Przecież mama nie byłaby zdolna tak kłamać…
- To jakieś bzdury.
- To nie żadne bzdury Oliwia. Zrobiłem to bo was kocham, ale Basia nigdy nie potrafiła tego zrozumieć.
Oczy mu się zaszkliły, a mi nagle zabrakło powietrza w płucach. Czemu rodzice prowadzili ze mną jakąś dziwną grę?
- Przecież mama by mnie nie okłamała… - mówię słabo i bez wiary we własne słowa. Ojciec przeciera twarz dłońmi.
- Nie wiem czemu to zrobiła. Może uważała, że tak będzie dla ciebie najlepiej, może nie chciała cię w to wszystko mieszać. O to Oliwia musisz sama ją zapytać.
- Ale ty przez te wszystkie lata też nie szukałeś z nami kontaktu. Nie dzwoniłeś, nie pisałeś. Nic. No i wzięliście rozwód.
- Ten rozwód początkowo miał być fikcją, tak żeby wyglądało, że naprawdę zrywamy ze sobą wszelki kontakt. Ale potem Basia uznała, że nie chce być już moją żoną. A ja nie mogłem nic zrobić by ratować nasze małżeństwo. Musiałem siedzieć w Stanach i liczyć, że w ten sposób zapewniam wam bezpieczeństwo. Nie chciałem was narażać.
- Narażać na co?
- Na zemstę strasznego człowieka. Człowieka, który nie zawaha się nawet przed tym by zabić niewinną dziewczynę.
Nieprzyjemny dreszcz przechodzi mi po plecach. Po śmierci Zuzy w moim sercu powstała głęboka rana, która słowa ojca na nowo rozdrapały. I znów boleśnie krwawiła.
- Oliwia, jak tak bardzo cię przepraszam. Gdyby nie moja głupota i chciwość, gdybyśmy się wtedy z Jolą pohamowali, to do tego wszystkiego by nie doszło.
- Zaraz, mówisz o mamie Zuzy? Ona też ma z tym coś wspólnego?
- A jak myślisz, dlaczego wyjechała? Dlaczego zostawiła córkę i męża?
- By ich chronić – odpowiadam cicho.
Pewne elementy układanki zaczynają do siebie pasować. Matka Zuzy wyjechała w prawdzie kilka miesięcy później niż ojciec i wtedy ja i Dolińska nie łączyłyśmy tych dwóch spraw. Czułyśmy się tak pokrzywdzone przez los i wściekłe na rodziców, że nie rozkładałyśmy na czynniki pierwsze powodów ich wyjazdów. A to wszystko łączyło się ze sobą.
Przypomina mi się pani Dolińska z pogrzebu Zuzy. Nie potrafię sobie wyobrazić jak fatalnie musiała się czuć. Straciła tyle lat z życia, Zuza zapałała do niej ogromną nienawiścią, a i tak to wszystko na nic się nie zdało. Zuza odeszła.
- Ja i Jola myśleliśmy, że jak wyjedziemy, jak usuniemy się w cień, jak zerwiemy z wami wszelki kontakt to sprawa ucichnie, a wy będziecie bezpieczni. Ale on nie odpuści, nawet po tylu latach nie zaniechał zemsty.
Ojciec zbiera się w sobie, otwiera usta, a ja zamieram, bo w końcu ma paść to straszne nazwisko.
 - To… - ojciec nagle milknie, bo ktoś jak szalony łomocze w szybę po mojej stronie i rozlega się przytłumiony okrzyk „Oliwia!”.
Podskakuje przerażona i szybko obracam się na fotelu. I aż oczom nie mogę uwierzyć. To Hubert!
Jak strzała wypadam z auta i rzucam się na przyjaciela, ale ten z obłędem w oczach odpycha mnie. Jego twarz to jedno wielkie przerażenie.
- Na Boga, Hubert! Co się dzieje? Gdzie ty byłeś tyle czasu?
Hubert nie odpowiada na moje pytania. Wpatruje się w mnie ze strachem, aż mi krew ścina w żyłach.
- Oliwia musisz się gdzieś ukryć… Musisz uciekać…
- Co?
Nawet nie zauważam kiedy ojciec staje obok nas. On też wpatruje się w Huberta, jakby próbował go sobie przypomnieć. Pewnie go pamięta, w końcu z Hubertem znamy się już od podstawówki. Ale teraz nie pora by wracać wspomnieniami do czasów dzieciństwa.
- Oliwia, błagam cię, musisz się gdzieś ukryć. Dominik nie żyje.
- Jak to nie żyje?
Coś tak zacisnęło mi krtań, że z trudem wyrzucam z siebie te słowa. Przecież jeszcze nie tak dawno widziałam go żywego i posądzałam o najgorsze. To niemożliwe, żeby i on był ofiarą…
- Hubert, co ty mówisz?
- Oliwia, ty będziesz następna. Albo ja. Musisz się ukryć, nie wiem, może wyjechać. Najlepiej gdzieś za granicę.
- Tak jak mój ojciec i matka Zuzy? – czuję coraz większe zdenerwowanie i powoli przestaję panować nad sobą. To już zbyt wiele – To jakoś nie uchroniło Zuzy przed śmiercią.
- Oliwia – Hubert błaga mnie wzrokiem bym go posłuchała, ale ja nie mam zamiaru przed nikim uciekać. Przeciwnie, bardzo chętnie spojrzę mordercy Zuzy w oczy.
- Nie Hubert, nigdzie nie wyjadę. Tu jest mój dom, moje miejsce. Tu jest mama i Paul.
- No właśnie, ten pieprzony Amerykanin!
Hubert wrzeszczy tak, że aż odskakuję od niego. Radość na widok przyjaciela, którego już mogłam nigdy nie zobaczyć, jakoś mija. Teraz w moich żyłach pulsuje tylko złość.
- Miałaś przestać się z nim spotykać!
Hubert opieprza mnie jakbym popełniła jakąś zbrodnię. Zupełnie nie rozumiem czemu czepia się Paula.
- O co ci chodzi?
- O co mi chodzi?! Oliwia, on jest niebezpieczny!
Krótki, nerwowy śmiech rozbrzmiewa a moich ustach. Hubert z początkowego stanu przerażenia przechodzi w stan złości. Ojciec jak na razie milczy.
- Hubert, do jasnej cholery, co ty opowiadasz?!
Majewski łapie się za głowę i szarpie włosy.
- Dziewczyno, czy ty nie rozumiesz? On jest w to wszystko zamieszany!
Otwieram usta, ale mam zupełną pustkę w głowie. Paul zamieszany w śmierć Zuzy? Paul człowiekiem bez sumienia i bez skrupułów? Mój Paul…?
Nie, to niedorzeczne.
- Hubert uspokój się – staram się mówić w pełni opanowana, ale w tej sytuacji zachowanie spokoju graniczy z cudem – Paul to mój przyjaciel, nie raz mi pomagał.
- Gówno tam wiesz! – Majewski denerwuje się coraz bardziej – On z nimi współpracuje! On też jest odpowiedzialny za śmierć Zuzy…
Nie wytrzymuję. Moja dłoń ląduje na hubertowym policzku, bo tylko to jest w stanie zatrzymać potok słów, który zalewa mnie, a ja już mam dość. Mam dość tego, że zupełnie nie znam osób, które uważam za najbardziej bliskie. Nie mam o nich bladego pojęcia, a to co uważam za prawdę, to tylko jakiś pic na wodę.
Ale w to co mówi Hubert nie jestem w stanie uwierzyć. Paul to dobry człowiek. I nie może być zamieszany w tą sprawę.
Majewski trzyma się za policzek i patrzy na mnie z niedowierzaniem. A ja pod wpływem tego wzroku zaczynam czuć się winna, że zareagowałam tak gwałtownie, bo przecież cokolwiek Hubert robi, robi to dla mojego dobra.
Ojciec chrząka cicho i zabiera głos.
- Oliwia powinnaś posłuchać Huberta i wyjechać. Tutaj nie jest bezpiecznie. Porozmawiam z Basią, możecie wyjechać do Stanów, mam tam znajomych oni wam pomogą.
- Nigdzie się stąd nie ruszę – mówię stanowczo, na co Hubert zaciska zęby ze złości i zniecierpliwienia – A tobie udowodnię, że Paul jest niewinny – zwracam się do Majewskiego – Idziemy.   

***
Wszystkiego dobrego w nowym roku. Oby był lepszy od tego mijającego, przyniósł ze sobą dużo spokoju, wiele uśmiechu i radości z każdej chwili. Najważniejsze to nie tracić wiary czego życzę sobie, wam i naszym wspaniały sportowcom, a szczególnie siatkarzom, bo im tej wiary ostatnio troszeczkę brakuje. 
Happy New Year!

I szalonej zabawy sylwestrowej;)


18 grudnia 2013

14. „Rozwodzę się”

W pierwszym odruchu miałam ochotę nawrzeszczeć na mamę, że w tajemnicy przede mną spotyka się z Paulem. Potem chciałam nawymyślać Amerykaninowi, by w końcu dał spokój mojej rodzinie. A na koniec pewnie przeklinałabym w myślach sama siebie, że podniosłam głos na mamę, która przecież nie raz mnie wspierała.
Całe szczęście w porę się opamiętałam. Trzeba choć raz spojrzeć na sprawę chłodno i bez emocji. Tylko dlaczego na każdym kroku przekonuję się w jak cholernie zakłamanym świecie żyję?
- Oliwia, dziecko, co ty tu robisz?
Mama jest zmieszana, z miną jakbym przyłapała ją w jakiejś nieprzyzwoitej sytuacji. Paul, w przeciwieństwie do niej, wcale nie wygląda na poruszonego faktem, że go tu zastałam. Co więcej wydaje się być zadowolony i patrzy na mnie pewnym siebie wzrokiem, nie uginając się pod ciężarem mojego spojrzenia.
- Możesz mi powiedzieć co on tu robi?
Wskazuję podbródkiem na Paula, który nie zaprzestaje wpatrywania się we mnie. Świetnie. Mama zbiera myśli, by jakoś to wszystko wyjaśnić, a ja i Amerykanin mierzymy się wzrokiem.
- Zajmuję się sprawą rozwodową Paula – oznajmia jak gdyby nigdy nic, na co ja prycham ironicznie.
- Myślałam, że nie ma żadnej sprawy rozwodowej – mówię po angielsku by i Paul zrozumiał sens moich słow.
Lotman krzyżuje ręce na piersi i rzuca mi wyzywające spojrzenie.
- A ja myślałem, że ciebie już ta sprawa nie interesuje.
Słowa Paula krążą mi po głowie, a ja zaprzeczam im w myślach. Przecież chciałam by był wolny. Chyba nadal tego chcę…
Nie potrafię tego powiedzieć głośno, nie potrafię przyznać, że brakowało mi go, że pomimo wszystko zależy mi na nim, bo sama jego obecność tyle razy była dla mnie lekarstwem na wszelkie zło.
Z pomocą przychodzi mi mama, która przecież zna mnie lepiej niż ktokolwiek inny.
- Myślę, że powinniście porozmawiać i wyjaśnić sobie wszystko – proponuje – Mogę wam udostępnić mój gabinet…
- Nie – przerywam jej, a jakaś iskra w oczach Paula gaśnie na moment – Przejdziemy się i porozmawiamy.
Mama się uśmiecha. Emilia, która jest świadkiem całego zdarzenia, łapie każde słowo, jakby zaraz miała lecieć do portalu plotkarskiego i sprzedać im tanią sensację. To dlatego nie chcę rozmawiać z Paulem tutaj. Wiem też, że pośród ludzi będę się hamować, a zamkniecie w gabinecie raczej nie będzie okolicznością sprzyjającą.
- Idziemy?
Paul przytakuje, zakłada kurtkę i szalik, a potem wychodzimy na chłodne rzeszowskie ulice, by próbować naprawić nasze relacje.

Po pięciu minutach powolnego spaceru nic się nie zmienia. Paul milczy. Ja milczę. Zaczyna być to na tyle irytujące, że zatrzymuję się na środku chodnika i podpieram pod boki.
- Odezwiesz się wreszcie?!
Ku mojemu zaskoczeniu Paul uśmiecha się. Co więcej zaczyna się śmiać.
- Mogę wiedzieć dlaczego ci tak wesoło?
- A jakoś tak.
- Miałeś mi chyba coś wyjaśnić.
- Rozwodzę się.
- Świetnie.
- I wyrzuciłem Jasmine z mojego mieszkania.
- Gratuluję.
- Oj, Oliwia.
Paul przyciąga mnie do siebie, jak za starych dobrych czasów, a ja ani myślę się opierać, bo tak dobrze czuję się w jego uścisku.
- Wyjaśnisz mi o co w tym wszystkim chodzi?
Paul przytakuje, więc przytuleni do siebie spacerujemy po Rzeszowie, a on opowiada jak to jego żona próbowała nie dopuścić do rozwodu.
Początkowo szanowna pani Lotman przyznała się do zdrady. Gdy tylko jej mąż wybył z kraju nie potrafiła dochować wierności, czego dowodem były zdjęcia, które Paul pokazał mi podczas naszego pierwszego spotkania. Potem jednak Jasmine coś się odwidziało i zaczęła gorąco zapewniać męża, że wszystko mu wyjaśni, że nadal go kocha, a te zdjęcia to zwykła prowokacja. Oczywiście zaraz też pojawiła się w Polsce, ale jeszcze przed wyjazdem wraz ze swoim adwokatem zdołali przekupić Kornel, by przeszedł na ich stronę, a potem jeszcze wykonał do mnie też żenujący i kłamliwy telefon, w którym próbował wmówić mi, że Paul mu nie płaci i że ma ten rozwód głęboko gdzieś. A ja głupia oczywiście mu uwierzyłam, choć nie powinnam była uwierzyć w żadne słowo Kornela. Ale to nieszczęście zbiegło się w czasie z niespodziewanym spotkaniem Jasmine w mieszkaniu Paula, co Amerykanin też mi wyjaśnił. Po prostu nie mógł jej tak po prostu wyrzucić na bruk, kiedy tak nagle pojawiła się w Polsce, ale całe szczęście w kocu poszedł po rozum do głowy i pozbył  jej się ze swojego mieszkania. Teraz to mama zajmuje się całą sprawą, ale nie zanosi się na szybkie jej rozwiązanie, bo Lotmanowa się zbiesiła i oznajmiła, że na żaden rozwód się nie godzi.
- Barbara mówi, żebym się nie martwił, bo mamy te zdjęcia, co pomoże w sprawie. Ale łatwo nie będzie.
- Mama już nie takie sprawy wygrywała – zapewniam go szybko, bo szczerze ufam w mamę i jej zdolności – Zrobi wszystko żeby się udało.
- Mam nadzieję – wzdycha – Dobrze, że Andrzej mnie do niej zaprowadził. Chyba muszę mu podziękować.
- Ja też.
- Wy chyba niedługo będziecie rodziną, co?
Uśmiecham się szeroko. Nagle wszystko wydaje się być tak zupełnie proste. Paul już niedługo wyzwoli się z tego nieudanego małżeństwa, mama zwiąże się z Andrzejem, którego coraz bardziej lubię, ojciec da nam spokój, a Hubert w końcu się odnajdzie i wyjaśni mi wszystko. I będę mogła cieszyć się życiem.
Paul odprowadza mnie pod sam dom. Po drodze zaprasza na mecz. W prawdzie żadna tam ze mnie fanka siatkówki, bo kiedyś może ze dwa razy byłyśmy z Zuzą na Podpromiu i jedyny zawodnik, którego zapamiętałam to libero miejscowej drużyny, bo wyróżniał się strojem i żywiołowością na boisku. Przyjmuję propozycję Amerykanina, bo miło mi będzie go dopingować i zobaczyć w akcji. Właściwie to do końca nie wiem na jakim stopniu są nasze relacje, ale to teraz właściwie nie ma znaczenia. Ważne, że wróciły na właściwy tor, a co z tego będzie to czas pokaże. A na mecz zabiorę też mamę, by pokibicowała Andrzejowi.
Jak się zaraz okazuje Andrzej jest w odwiedzinach u mamy, bo jego samochód stoi na podjeździe. Ogarnia mnie jakaś dziwna radość, więc ciągnę Paula w stronę domu, by jeszcze nie kończyć naszego spotkania.
Mój dobry nastrój pryska w momencie, gdy obok samochodu Andrzeja zatrzymuje się inne auto. Auto ojca.
Zatrzymuję się jak sparaliżowana, a zdezorientowany Paul patrzy to na mnie, to na wysiadającego z samochodu ojca.
- Kto to jest? – pyta cicho, ale ja nie jestem w stanie mu odpowiedzieć. Też patrzę na sylwetkę ojca i nie mogę uwierzyć, że znów ma czelność by tu przyjeżdżać. Dlaczego nie chce dać nam spokoju? Dlaczego nie może zniknąć i już nigdy się nie pojawić?
Trzymam się kurczowo Paula, jakby to była moja ostatnia deska ratunku. Ojciec wchodzi na podwórze, a na jego twarzy gości nieśmiały uśmiech.
- Oliwia…
Nie dane jest mi powiedzieć mu, żeby spadał, bo otwierają się drzwi i wypadają zza nich mama z Andrzejem. Zaczyna robić się nieprzyjemnie, zwłaszcza, że Andrzej od razu dopada do ojca, z taką miną jakby chciał mu przerobić twarz na marmoladę. Cichy okrzyk mamy sprawia, że Andrzej w porę się opamiętuje. Cofa dłonie, ale jego postawa wskazuje, że wcale nie zamierza ojcu odpuścić. Paul, który początkowo, aż otworzył usta ze zdumienia, bo przecież nie mógł z tej sytuacji nic rozumieć, staje w gotowości, by w razie czego wesprzeć swojego trenera. Ojciec spojrzeniem ciska gromy w Andrzeja, a potem zwraca się do mamy tonem pełnym jakiegoś dziwnego zawodu.
- Jak mogłaś mi to zrobić?
Mama nic nie odpowiada. Patrzy na ojca wzrokiem, który ewidentnie mówi „Nie masz prawa mnie oskarżać”. Potem podbiega do Andrzeja, łapie go za ramię i odciąga w kierunku drzwi. A zaczynam czuć się jak Paul, który niewiele rozumie, a właściwie zupełnie nic nie rozumie. Jakim prawem ojciec ma pretensje do matki? To przecież on ją zostawił. Nie może jej teraz mieć za złe, że na nowo ułożyła sobie życie. Skoro tak mu na niej zależy, to gdzie był przez te sześć lat, kiedy matka była sama jak kołek? Nie, już zaczynałam mieć tego wszystkie dość.
- Oliwia, porozmawiaj z ojcem.
Nie przypuszczałam, że będzie mnie coś w stanie jeszcze zaskoczyć, ale te słowa mamy zabrzmiały gorzej niż kiepski dowcip. To przecież było niedorzeczne. Po co miałabym z nim rozmawiać? I o czym?
- Mamo – jęczę, ale ona patrzy na mnie surowo, a potem prowadzi Andrzeja z powrotem do domu. Paul ściska moją dłoń, czym zaznacza swoją obecność. Całe szczęście nie wymaga ode mnie wyjaśnień, bo zupełnie nie wiedziałabym co by mu powiedzieć.
Patrzę niechętnie na ojca.
- My raczej nie mamy o czym rozmawiać – rzucam oschle. Ojciec wzdycha ciężko, jak człowiek który za dużo dźwiga na swoich barkach, a potem z jego ust pada zdanie, które sprawia, że serce podchodzi mi do gardła.
- Oliwia, wiem kto zabił twoją przyjaciółkę.

***
Zupełnie mi się to nie podoba.
Dla Łukaszka, bo miał być wczoraj ale go nie było i ostatnio nie chciał przesłać nam smajla.
I dla skina Ryśka, który przebrał się za Aniołka.

3 grudnia 2013

13. Czy oni mogą wrócić do siebie?

Nie mogłam w to uwierzyć. Nie chciałam wierzyć w to co widzę. To musiała być halucynacja, zjawa, jakiś omam. To nie mógł być mój ojciec…
- Oliwka?
Patrzył na mnie z wyraźną nadzieją, że jego mała córeczka podbiegnie do niego i rzuci mu się w ramiona. Jakby wracał z dalekiej podróży, a jego maleńkie dziecko tęskniło i teraz będzie skakać z radości, że ukochany tatuś wrócił.
Nic z tego. Jego małe dziecko już wyrosło. I już nie tęskniło.
- Co tu robisz?
W moim głosie musiał być chłód. Musiał być dystans. Musiała być niechęć.
- Oliwka… Skarbie… Wróciłem.
Prychnęłam ze złością. Wrócił. Po sześciu latach kompletnej ignorancji, kompletnego zapomnienia. Przez bite sześć lat miał mnie i matkę głęboko gdzieś, a teraz jak gdyby nigdy nic wraca.
- Nigdy więcej tu nie przyjeżdżaj. Nikt tu na ciebie nie czeka.
Prawda zawsze jest bolesna. W tym przypadku prawda bolała nie tylko jego, ale i mnie. Ja już nie miałam ojca. Przez ostatnie lata godziłam się z tą myślą. Teraz on musi oswoić się z wiadomością, że na własne życzenie stracił dziecko.
- No wynoś się stąd! – wrzasnęłam, a on się wzdrygnął i spojrzał na mnie z bólem. Pewnie liczył na wybaczenie. Owszem, mogłam mu wybaczyć. Ale nie zapomnieć. Bo tego co zrobił nie da się usunąć z pamięci.
Zupełnie zapomniałam, że całej tej żenujące scenie przygląda się Kostecki. Spojrzałam na niego krótko, a on na szczęście zrozumiał, że ma się wycofać. Bez słowa wsiadł do auta i odjechał. Ojciec wpatrywał się we mnie, jakby mnie nie poznawał. Z obawą i jakimś niezrozumieniem.
- Pozwól mi wytłumaczyć…
- Przez te sześć lat nawet nie zadzwoniłeś – przerwałam mu i pozwoliłam by łzy płynęły po moich policzkach. Chciałam, żeby widział jak cierpię. Chciałam, żeby i on poczuł ten ból – Nawet nie zainteresowałeś się czy żyję. Czy ze mną i z mamą wszystko w porządku.
- Oliwka, przecież słałem wam pieniądze…
- Nie chcę twoich pieprzonych pieniędzy!
Zupełnie straciłam nad sobą panowanie. Rzuciłam się do furtki, byle by już go nie widzieć, byle by uciec od przeszłości.
- Oliwia, czemu tak krzyczysz?
Z domu wychodzi mama. Musiała usłyszeć moje krzyki. Na widok swojego byłe męża na moment nieruchomieje. Doskonale wiem co dzieje się w jej głowie. W mojej dzieje się to samo.
Mama nic nie mówi. Podbiega do mnie, otacza swoim ramieniem i prowadzi do domu. Jej też drżą ręce.

To wszystko takie nielogiczne. I nie sprawiedliwe. Kolejny raz muszę patrzeć jak mama ukradkiem ociera łzy; jak znów płacze przez ojca. Mam ochotę wrócić to niego, uderzyć go, wykrzyczeć mu w twarz cały ten ból, które przez sześć lat trawił mnie od środka.
- Odjechał.
Matka odchodzi od okna i patrzy na mnie z próbą przywołania na twarz uśmiechu. Jakby nic się przed chwilą nie stało.
- Mamo, dlaczego on wrócił?
Coś tu jest nie tak. Oni coś przede mną ukrywają. I już nie chodzi tylko o zdradę ojca. Tego dnia kiedy zdecydował się odejść musiało stać się coś więcej.
- Oliwko, nie myśl już o tym. Przepraszam cię.
Matka totalnie się rozkleja. Nie mam serca dalej drążyć tematu. Przytulam ją z całej siły, żeby wiedziała, że zawsze stanę po jej stronie. Przecież na tym świecie mamy tylko siebie. Zuza nie żyje, Hubert zniknął, Paul okazał się kolejnym facetem, który mnie oszukał. Została mi tylko mama.
Ale mamie został jeszcze Andrzej.
- Mamo, nie płacz. Lepiej zadzwoń do Andrzeja i ustalcie jakiś dzień, żebyśmy mogli się  wszyscy spotkać. Ja się dostosuję.
Matka uśmiecha się przez łzy. Jej twarz lśni i od łez i od autentycznej radości.
- Dziękuję ci, Oliwka. Dziękuję.

Przez następne dni nie wydarzyło się nic. Matka chodziła do pracy, ja chodziłam na uczelnię. Ojciec już się nie pojawił pod naszym domem, nie szukał z nami kontaktu. Paul też milczał, ale tego mogłam się spodziewać. W Operze nadal za barem stał ten zastępca Huberta, po Dominiku ślad zaginął, a zaczęłam tracić wiarę w życie. Okazało się, że jedynym światełkiem w tunelu stał się Andrzej. Matka po każdym spotkaniu z nim emanowała takim szczęściem, że i mi się trochę go udzielało. Nasz wspólny obiad ustaliliśmy na niedzielne popołudnie i tylko perspektywa miłego spędzenia czasu w towarzystwie mamy i jej partnera pozwalała mi jakoś przetrwać monotonne dni.
Gdzieś w międzyczasie odbyły się pogrzeby tych dwóch chłopaków z parku. Jeden z nich okazał się być synem właściciela Opery i przez wzgląd na to miałam nadzieję, że Hubert pojawi się na cmentarzu. Nic z tego. Majewski zapadł się pod ziemię, a ja już zaczynałam tracić nadzieję, że jeszcze kiedykolwiek będzie nam dane porozmawiać.
W piątek zajęcia skończyły się wcześniej, a ja nie miałam co ze sobą zrobić. Do pustego domu wracać nie chciałam, bo przebywanie w samotności nie wpływało na mnie korzystnie. Mimo brzydkiej pogodny poszłam na cmentarz. Musiałam pogadać z Zuzą. Może było to trochę głupie, że gadam do pomnika, ale wtedy przez chwilę czułam jakby przyjaciółka znów była przy mnie, jakby nadal żyła.
Na cmentarzu było pusto, ale w taką pogodę to normalne. Sprzątnęłam mokre liście z grobu Zuzy, zapaliłam znicz i zaczęłam wpatrywać się w twarz marmurowego anioła, który pojawił się tu z polecenia jej rodziców.
Zaczęłam już tracić wiarę w to, że w moim życiu znów będzie tak kolorowo, jak przed śmiercią przyjaciółki. Wcześniej też przechodziłam przez wiele trudności, ale Zuza i Hubert byli przy mnie, razem radziliśmy sobie z kłopotami. Bez nich to życie staje się tylko formalnością do odbębnienia, bo ktoś na górze umyślił sobie, że tak ma być.
Pomodliłam się krótko, pożegnałam się z Zuzą i ruszyłam cmentarną aleją. Dziesiątki nagrobków, dziesiątki osób, dziesiątki różnych historii. Hektolitry wylanych łez. Miliony pytań. Chwile zwątpienia.
Wskazówki zegarka informowały, że matka nadal jest w pracy. Postanowiłam przespacerować się do jej kancelarii, byle tylko nie siedzieć samej w domu. Los miał wobec mnie inne plany. Tuż przy bramie wyjściowej czekał na mnie Andrzej.
Trochę się zdziwiłam, bo przecież matka ustaliła termin naszego spotkania i nie sądziłam, że zobaczymy się wcześniej.
- Witaj Oliwia. Masz chwilę?
Kiwnęłam głową i podałam mu rękę na powitanie. Matka miała gust jeśli chodzi o mężczyzn (wyjątkiem potwierdzającym tą regułę był mój ojciec), a Andrzej wydawał się być ułożonym i uczciwym człowiekiem.
- Właśnie wybierałam się do mamy, do kancelarii.
- To może odprowadzę cię i porozmawiamy?
Przystałam na jego propozycję. To była dobra okazja, żeby się lepiej poznać bez udawania przed matką, że wszystko jest dobrze.
Czekałam aż Andrzej zacznie, ale on schował dłonie w kieszenie kurtki i powolnym krokiem szedł przed siebie.
- Skąd wiedziałeś, że tu będę?
Uśmiechnął się lekko.
- Twoja mama dużo mi o tobie opowiadała. Mówiła też o twojej przyjaciółce. I tak pomyślałem, że będziesz chciała ją odwiedzić.
Mówił z takim zrozumieniem, że miałam wrażenie, jakby sam przeżył coś podobnego. Jakby doskonale wiedział, jak bardzo brakuje mi Zuzy.
- Tak, tak – pokiwał głową z zadumą – Miałem szesnaście lat, kiedy mój najlepszy przyjaciel zginął w wypadku samochodowym. Przez rok, dzień w dzień stałem nad jego grobem i opowiadałem mu jak wiele moglibyśmy razem zrobić, gdyby nadal żył.
Niepostrzeżenie otarłam łzę z policzka, a Andrzej uśmiechnął się smutno.
- No, ale jak to mówią czas leczy rany, a Robertowi jest tam pewnie o wiele lepiej niż nam tutaj. Ale nie o tym chciałem z tobą porozmawiać.
Zrobił krótką pauzę i spojrzał na mnie poważnie. Zostawiliśmy już za sobą cmentarne mury i wkroczyliśmy ponownie do świata żywych. Pojedynczy przechodnie przypatrywali się nam z zaciekawieniem, a w mojej głowie pojawiły się obawy, że jutro portale plotkarskie może obejść informacja, że trener miejscowej drużyny prowadza się z dużo młodszymi dziewczynami. A tego bym nie chciała, ze względu na mamę.
- Więc o czym chcesz rozmawiać?
Byłam przekonana, że jego odpowiedź będzie brzmiała: ”O twojej mamie”. Kolejny raz mnie zaskoczył.
- O twoim ojcu.
To nie był dobry temat do rozmowy. Nawet z matką o tym nie rozmawiałyśmy. Nie mogłam zrozumieć o co chodzi Andrzejowi.
- Wiem, że wrócił, Basia mi powiedziała. Wszystko mi powiedziała.
Zatrzymałam się raptownie. Mama naprawdę musiała ufać Andrzejowi, skoro opowiedziała mu o tym jak ojciec nas zostawił, o tym, że teraz tak nagle wrócił.
- Skoro już wszystko wiesz to o czym chcesz rozmawiać? – rzuciłam, może trochę zbyt gwałtownie, ale samo wspomnienie ojca wywoływało u mnie negatywne emocje. Andrzej posłał mi uspokajające, ugodowe spojrzenie, na znak, że nie chce się kłócić.
- Chciałem tylko wiedzieć, czy oni… znaczy twoi rodzice… Czy oni mogą wrócić do siebie?
Zabrzmiało to tak absurdalnie, że aż otworzyłam usta ze zdziwienia. Ale Andrzej brał taką możliwość na poważnie. Mama miała by wybaczyć ojcu? Musiałaby być chyba pierwsza naiwną. A nie jest. Poza tym ja nie pozwoliłabym, żeby ojciec właził z buciorami w nasze życie i wywracał wszystko do góry nogami.
Uśmiechnęłam się do Andrzeja pokrzepiająco. Jeśli matka ma się z kimś wiązać to chyba tylko z nim. Nawet pomimo to, że próbował ingerować w moje życie podstawiając mi pod nos Paula..
- Oni do siebie nie wrócą. Nie ma takiej opcji.
Z twarzy Andrzeja zniknęło napięcie i uśmiechnął się szeroko.
- Jesteś pewna?
- Jak tego, że tu stoję i z tobą rozmawiam. Mama nigdy nie wybaczy ojcu. Możecie spokojnie być razem, macie moje błogosławieństwo.
Andrzej zaśmiał się krótko. Coś w końcu zaczynało się stabilizować.
- Tylko pamiętaj – dodałam jeszcze, kiedy znów szliśmy ulicami Rzeszowa – Żeby nawet nie przyszło ci do głowy skrzywdzić mamę. Bo będziesz miał ze mną do czynienia.

Andrzej nie odprowadził mnie pod same drzwi, bo jak stwierdził wolałby, żeby ta rozmowa została między nami, a matka nie musi o niej wiedzieć. Ten krótki spacer w jego towarzystwie trochę mnie podbudował i przywrócił wiarę, że jakoś to wszystko jeszcze może się ułożyć.
Kancelaria matki była miejscem, które bardzo lubiłam. Przychodziłam tu już jako mała dziewczynka i bawiłam się w panią mecenas. Teraz po cichu liczyłam, że po zakończeniu studiów matka przyjmie mnie tu do pracy.
Powitała mnie nowa aplikantka matki, Emilia, za którą nieszczególnie przepadałam, ale że po rozmowie z Andrzejem byłam pozytywniej nastawiona do życia, to nawet udało mi się powiedzieć jej kilka miłych słów. Blondynka zaproponowała mi coś do picia, ale grzecznie odmówiłam i usiadłam na jeden z sof. Od Emilii dowiedziałam się, że matka ma właśnie ostatnie spotkanie i powinna niedługo skończyć. Z torby wygrzebałam jakieś babskie pismo, które dostałam od jednej z dziewczyn z roku, bo podobno był tam świetny przepis na zupę cebulową. Z nudów zaczęłam przeglądać gazetę, ale było to takie badziewie, że dość szybko doszłam do strony z jakimś psychotestem. Dla rozrywki zaczęłam zaznaczać odpowiedzi, a potem sumować punkty. Właśnie miałam się dowiedzieć jaki jest mój wymarzony partner, kiedy drzwi do gabinetu mamy otworzyły się i pojawiły się dwie osoby. Moja mama i mężczyzna, którego dobrze znałam.
Paul.

***
Dla tych, którzy mieli tyle cierpliwości by czekać...